poniedziałek, 20 grudnia 2010

Banał albo plagiat

.
..
...
....

    Trzeba przyznać, że Rysiek to gadzina, jednakże gadzina pierwszej klasy, niemalże magiczna gadzina. Pamiętam jak się święcie o tym przekonałem, kiedy zeszłej jesieni objawił mi się ten aspekt Ryśka osobowości. Od tej pory miewam koszmary od nowa i od nowa odgrywające sceny z tamtego dnia. Za każdym razem budząc się z tego tremendum obiecuje sobie, że winowajca kiedyś mi za to zapłaci. Niestety zazwyczaj kończy się na jednym postawionym Harnasiu albo jeszcze tańszym trunku. Rysiek nie jest rozrzutnym człowiekiem.
    Co się działo owego listopada, trudno będzie opowiedzieć. Pamiętam, umówiłem się z Ryśkiem na spotkanie u pewnej staruszki, zapalonej piromanki. Owa kobieta, przez cały rok gromadziła zapasy na zimę. Robiła to tak skrupulatnie, że na moje oko, z całym tym zapasem drewna opałowego mogłaby żyć ciepło nawet z nastaniem zlodowacenia. Mimo wszystko sympatyczna to była osoba i obaj z Ryśkiem bardzo ją lubiliśmy. Zwykliśmy przesiadywać u niej godzinami przy kawie i słuchaniu powtarzanych po raz setny opowieści. Bardziej niż ich treści przysłuchiwaliśmy się rytmowi opowiadania...
    Był właśnie pierwszy listopada i całe zdążające na cmentarz stworzenie zakorkowało ulice na tyle skutecznie, że myśli o dotarciu na miejsce o czasie już dawno przestały mnie zajmować. Już tylko tępo wpatrywałem się w szybę autobusu, którym jechałem. Rysiek, kiedy do niego zadzwoniłem był już oczywiście na miejscu i pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, tłumaczeniem staruszce, kto dzwoni oraz wprowadzaniem nieświadomą kobietę w świat telefonii komórkowej powiedział mi, że nie ma sprawy i z przyjemnością poczeka. Dodał złośliwie, że nie muszę się spieszyć.
    Jechałem więc pogrążony w ponurych rozmyślaniach nad karą śmierci dla ludzi hamujących ruch drogowy, niosących w swoich reklamówkach nieprzebrane zasoby zniczy, zapychających środki komunikacji miejskiej tymi zapasami czyli wszystkich, którzy byli akurat w polu mojego widzenia. Wszystko jednak ma swój koniec, i ja więc dojechałem na właściwy przystanek autobusowy.
    Wysiadłem i od razu poczułem, że świat jest piękniejszy. Miałem do przejścia jeszcze ze sto metrów, była to bowiem, mimo niedalekiej odległości od centrum miasta, dosyć odludna okolica. Jak to zazwyczaj bywa w polskich miastach, pomiędzy zgrupowaniami zszarzałych bądź cukierkowych blokowisk – piętna miejskiego imperializmu występowały tu gdzieniegdzie śladowe ilości przeróżnego rodzaju chatek, dworków i chałup. Właśnie w takiej chałupie mieszkała nasza staruszka – pani Miedziakowa.
    Mój raźny krok połączony z kontemplacją jesiennych krajobrazów został zmylony w pewnym momencie. Wynikało to nie tylko z dość grząskiego podłoża lecz przede wszystkim z faktu iż nagle okolica została odcięta od słońca i nadciągnęły egipskie niemal ciemności. Przez moment straciłem orientację i mając nadzieje na dalsze utrzymanie równowagi postanowiłem wstrzymać swój krok. Kiedy oczy przywykły już do nagłej zmiany oświetlenie spojrzałem w górę i ujrzałem całe zagony czarnych postaci latające nad całą okolicą: ubrane na czarno młode, takie-o-których wieku-się-nie-mówi i stare kobiety. Na miotłach, ławkach, krzesłach i w fotelach wykonywały zwariowane lotnicze akrobacje. Przez moje otwarte ze zdziwienia usta zaczęły wydobywać się obłoki pary wodnej ponieważ w przeciągu minuty temperatura w całej okolicy spadła o kilka stopni Celsjusza. Mój tępy podziw został jednak brutalnie przerwany.
  • Patrz jak się te jędze cieszą. Odezwał się do mnie nie wiadomo skąd przybyły, niewysoki staruszek.
  • Że co proszę? Odpowiedziałem niepewny własnego zdrowia psychicznego.
  • No jędze, wiedźmy, Jagi, te cholery na niebie! Krzyknął poirytowany i splunąwszy dodał:
  • Ostatni sabat miały z pięćdziesiąt lat temu. Później nic bo czorta zabrakło. Teraz znów widać pojawił się, więc wirują.
  • Co to jest ten Czart? Zapytałem, odpuszczając sobie zdroworozsądkowe podejście do świata ponieważ w tej chwili i tak na nic by mi się ono nie przydało.
  • Żaden Czart tylko czort: drewniany diaboł. Gadzi dziw... no czort taki drewniany, co wokół niego jędze się mnożą.
  • Mówi pan, że to jakaś figurka drewniana?
  • A kto by tam wiedział! Czy to samo wyrasta czy czarownik albo inny bezbożnik struże, nie odpowiem. Bo i po co to znać: z czego i jak to zrobione; że jest złe, to wystarczy porządnemu człowiekowi. Idź pan, jeszcze zapamięta pana która a wtedy kłopoty na całe życie.
Nie miałem jednak odwagi ruszyć się z miejsca. Staruszek wprost przeciwnie, raz podpierając się swoją laską, raz wymachując nią w powietrzu klął na latające nad nim niewiasty, używając przy tym chyba całego zasobu przekleństw jaki znajdował się w jego posiadaniu. Wkrótce zasapany przystanął i zamilkł. Nie marnował jednak zbytnio czasu na odpoczynek. Wystarczyło mu kilka spokojnych oddechów aby z nową energią ponowić swoje egzorcyzmy. W zapamiętaniu podniósł niewielki kamień i, przechodząc od słów do czynów, cisnął nim z całą swoją mocą. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Chociaż, sam przecież widziałem, kamień w żadną z pań nie trafił i nawet nie zdążył jeszcze opadać a już mściwa niewiasta spłynęła z nieboskłonu i na zakończenie tego lotu nurkowego zdzieliwszy niepoprawnego dziadka pięścią w czubek głowy pozbawiła go ludzkiej postaci – krzykliwy staruszek zamienił się w ujadającego psa.
    Nauczony tym przykładem wolałem nie podnosić głosu ani ręki lecz ukrywszy moją obecność na tyle dobrze na ile umiałem, wyciągnąłem telefon i wysłałem Ryśkowi wiadomość: żeby wyszedł przed dom zobaczyć, co się z tym światem wyprawia. Nie minęła minuta od wysłania a wiedźmy, jak jeden mąż (chociaż w tym przypadku właściwszym wydawałoby się powiedzieć żona) wydały z siebie pełen wściekłości i żalu wrzask i w tej samej chwili zniknęły.
    I znów był pogodny dzień. Znów słońce świeciło bez przeszkód na tą polską ziemię i tylko dzwonienie w uszach – wynik wiedźmiego żalu i ciągłe ujadanie pasa nie pozwalało umieszczać tego dziwnego przeżycia w sferze snów czy przywiedzeń. Chociaż i pies ucichł po chwili, pobiegł w stronę idącego ku mnie Ryśka zaczął skomleć żałośnie, jakby z pretensjami i żalem. Rysiu zbył to psie nagabywanie poklepując kundla po pysku i zatrzymawszy się obok mojej osoby zaczął się wypytywać: „Co się stało?”, „Po co wyciągałem go z chałupy Miedziakowej?”, „Co to był za dziwny huk?”, „O co chodzi z tym kundlem?” itd., itp.
    Uznawszy, że moja opowieść wyda się Ryśkowi śmieszna i nieprawdopodobna, zmyśliłem na poczekaniu opowieść o bójce pseudokibiców albo zwariowanym happenerze grasującym z megafonem po okolicy albo jeszcze inną. Nie jestem do końca pewny jak ale udało mi się nadać jej pozory prawdopodobieństwa.
Kiedy już usiedliśmy w kuchni, koło starego kaflowego pieca. Kiedy pijąc kawę usłyszałem już kilka zwariowanych opowieści pani Miedziakowej, Rysiu, korzystając z chwilowej przerwy w słowotoku starszej pani, powiedział:
  • Wiesz ze mnie też jest artysta. Sam byś przyznał gdybyś przyszedł wcześniej. Rzeźbiłem sobie kiedy ci nie było. Wyszła mi całkiem kształtna karykatura twojej osoby. Pani Miedziakowo nie widziała czasem pani mojej dzieła?
  • Co? A, diaboł! Wrzuciłam go pod grupkę bo w piecu gasło.
  • ...

piątek, 17 grudnia 2010

Szmira część 2 albo Smells Like Smerf's Spiryt czyli kogo obchodzą czytelnicy i ich zdrowie psychiczne.


Hasłem przewodnim na dziś jest: Ludzie, czytajcie kiepskie teksty!


    Ach, jak on gnał, jak pędził! Gdybyś czytelniku stał wtedy w tamtym parku czy przed marketem i miał w polu widzenia szlachetnego Ryśka... Nie, nie otwarłbyś ust ze zdziwienia, nie zakrzyknąłbyś: „Któż to tak pędzi?!”. Rysiek bowiem pędził pędem na tyle zwielokrotnionym przez swą prędkość, że powiedzmy sobie szczerze drogi czytelniku, nic byś nie zobaczył. Co najdziwniejsze, ów nieszczęsny, który targnął się na dobre samopoczucie Ryszarda uniknął ostrza dziadkowej szabli. Kiedy klinga ciągnąca za sobą ciało naszego, z całą pewnością głównego, bohatera uderzała w miejsce pobytu klatki piersiowej tajemniczego asasyna wtenczas, miast w ciało, zagłębiła się w kolejną warstwę powietrza. Prawdą bowiem było, że wraz wraz ze zmianą wektora lotu naszego bohatera nastąpiło zjawisko zapadnięcia się w sobie i zaniku tajemniczego jegomościa. O, szlachetne zdumienie, szlachetny poślizg i jakże szlachetne turlanie się po trawie naszego można było zaobserwować w tego parku okolicznościach. Te wszystkie trzy elementy z pewnością uczyniły naszego bohatera legendarnym.
  Ryszard wstał i z zajmującą godnością otrzepał się ze wszelkich zbytecznych akcydensów zaś autor uznawszy, że nadmiar wrażeń mógłby pozbawić życia, mienia a już na pewno przytomności pozwolił aby miasto na które im obu się spadło było historycznie polskim miastem – miejscem pracy, nauki i tymczasowego zamieszkania pana Ryśka. Miasto było tak polskie jak to tylko można sobie wyobrazić - wprost do szpiku kości przesiąknięte polskością. Rysiek, chociaż nie było to jego rodzinny gród, żyjąc tu od samej lokacji, wspaniale wpisywał się w jego panoramę.
    Zapytacie: „Ha! Jeśli Ryszard jest tak długowieczny to jakim cudem jego dziadek mógł władać szablą a nie mieczem, maczugą, toporem?” Pytanie to, zrazu mogące wydawać się trafnym w istocie objawia waszą nieuważną lekturę. Któż bowiem napisał, że szabla była JEGO, znaczy się Ryśka dziadka? Na pewno nie zrobił tego autor! Jeśli ktoś ci tak powiedział, drogi czytelniku, to przy następnym spotkaniu zaśmiej mu się w twarz. Dziadek bowiem, poprzedni pan i właściciel tej szlachetnej broni, jest tworem na tyle anonimowym, że domniemywać jego istnienie można jedynie na podstawie dwóch poszlak: samej szabli oraz jego wnuka, do niedawna Ryśka kolegi. Człek ten, zwany Pietruszką, przegrał w karty kto wie czy nie więcej niż cały swój miesięczny urobek. A chcąc jak najdłużej kontynuować złą passę (prawdziwie bowiem ludzie mówią o hazardzistach, że ci nie pragną zwycięstw lecz przegranych) poszedł do lombardu z szablą pod pachą i zamiarem zastawienia w lombardzie tej rodzinnej pamiątki. Wywiedziawszy od się jak stoją sprawy Rysiek zgarnął z ulicy Pietruszkę. Jako człowiek honorowy, pietyzmem toczący historię uświadczony był w przekonaniu, że takiej rzeczy czynić się nie godzi. Zaproponował więc swojemu druhowi pożyczkę samemu odmawiając przyjęcia szabli jako zastawu. Pietruszka ze wzruszeniem, drżącymi dłońmi przyjmował pieniądze aby przegrać je w przeciągu kilku następnych godzin. Rysiek jako człowiek światowy wiedział, że pożyczonej kwoty raczej nie odzyska lecz mając Mamonę w niskim poważaniu nie przejmował się tym i żył jak zwykle, tzn. na kredyt. Co do Pietruchy, miesiąc później znaleziono go na bruku, pobitego przez wierzycieli i martwego z przepicia. Rysiek składając się wraz z kilkoma przyjaciółmi nieboszczyka sprawił koledze i wystawną trumnę i granitową płytę. A kiedy odczytano testament, Ryszard zauważył, że ów nieszczęsny hazardzista zapisał mu w spadku rzeczoną szable.
...

czwartek, 16 grudnia 2010

Jak niżej

Szmira

    No! Szable po dziadku mam przy boku. Wyraźnie wyczuwam, że tam jest. Niegłupi jestem, poradzę sobie. Jakkolwiek sytuacja nie wygląda, będzie dobrze. Tylko czemu tak mną trzęsie, cholera. Tak w ogóle, ciekawe skąd ten wiatr? Możliwe, że wszystko to jest snem i wystarczy, poczekam trochę a zacznie mi się śnić coś innego. Jeżeli to nie sen, to może wystarczy przespać tę sytuację. Obudzę się później i zobaczę na ile sytuacja posunęła się do przodu... Tylko skąd ta szabla po dziadku? Zabrałem ją staruszkowi a może sam mi ją dał? Nieważne, to przecież pewnie mi się śni więc żadnej szabli pewnie nie mam. Właściwie dobrze, że jeszcze budzika nie słyszałem – pewnie jeszcze będę mógł sobie pospać.
.
.
.
No dobra! Ciągle wieje, trzęsie i robi się co raz zimniej! Otworzę lepiej oczy.

    • O kuraaaaa!
    Przejmując pałeczkę prowadzenia monologu od kolegi, być może głównego bohatera, opiszę przyczynę jego tak gwałtownej reakcji. Nasz bohater, otworzywszy oczy zauważył, że ze znaczną prędkością zbliża się w jego stronę obiekt niemożliwy do wyminięcia. Warto zauważyć, że była to niemożliwość iście planetarnych rozmiarów. Inaczej rzecz ujmując, w stronę naszego bohatera, ciągle przyspieszając, zbliżała się planeta Ziemia.
    No, ale nie stresujmy się tak bardzo. Nie wiemy przecież, czy główny bohater nie ma jakiegoś planu, który uratowałby go przed impaktem. Możliwe, że na plecak umieszczono mu przy okazji zrzutu plecak ze spadochronem, albo, kto to może przewidzieć, nasz bohater ma jakieś specjale moce umożliwiające mu łagodne wylądowanie na tej, przyjaznej przecież, planecie.

  • Żadnego plecaka nie posiadam! Zakrzyknął, po raz drugi pozwalając wedrzeć się lodowatemu powietrzu do ust. Był niemy krzyk, słyszany tylko przeze mnie ponieważ spadał z taką prędkością z jaką spadał jego możliwości komunikacji były mocno ograniczone. Mógł mówić tylko do mnie.
  • Aniele boży, stróżu.... No nie, zaczął się modlić. I co z takim normalnie począć? Zero własnej inicjatywy! I co, chyba nie sądzi, że zaraz tam przyleci do niego jakiś uskrzydlony obojnak i udzieli mu pomocy?
  • Czego? Skrzydlaty pijany obojnak pojawił się właśnie obok spadającego głównego bohatera.
  • Jak to czego?! Jakbyś nie widział. Spadam. Nie mógłbyś mi pomóc?
  • Ja nie od takich rzeczy. Jak będziesz chciał ukraść koledze długopis, mogę cię powstrzymać; jak najdzie cię chęć na zdradzanie żony, wtedy moja jurysdykcja; jak skłamiesz w zeznaniu podatkowym... no, wtedy skłamiesz w zeznaniu podatkowym. Ja nie od takich spraw, rozumiesz mnie? Ja od duchowych przewin jestem, nie od jakiś ziemskich, materialisto ty jeden! Co, pewnie jeszcze jak cię uratuję to milion dolarów będziesz chciał, nowe ferrari będziesz chciał, darmowy internet będziesz chciał, no...?
  • Ale ja jestem dopiero w liceum. Nie mam żony!
  • Ahaaa..., no to na razie.
    Zniknął pozostawiając samemu sobie spadającego grzesznika. Może nie całkiem samego. Bohaterowie tym się różnią od innych ludzi, że w przeciwieństwie do tych marnych rzeszy potencjalnych czytelników nigdy nie są sami. Oto przecież nawet pozostawiony przez siły wyższe osamotniony przez ludzi nasi bohaterowie zawsze mogą liczyć, że ktoś na nich patrzy, że ktoś nad nimi czuwa, się ewentualnie znęca. I nie jest to złudne uczucie bycia ciągle obserwowanym jaki podług wierzeń pana Dawkinsa żywią ludzie religijni w stosunku do boga. W jakikolwiek bowiem chaos wpadnie bohater zawsze może zakładać, że po drugiej stronie siedzi osoba odpowiedzialna za to wszystko, ponieważ już samo bycie bohaterem zakłada posiadanie własnego autora. Ludzie po prostu przeinaczyli ten pomysł i wrzucili go do worka z innymi dogmatami.
    Ale, ale co z naszym bohaterem? Ciągle spada... Twarz ma jednak teraz zdeterminowaną więc albo pogodził się ze śmiercią, albo na coś wpadł. Popatrzmy gdzie leci nasz bohater. Uf! Mało brakowało a uderzyłby w dach jakiegoś wieżowca. Można domniemywać, że jesteśmy już niedaleko od drogi. O nawet szpital maja nie daleko. I park, market, nawet kościół. Ładna okolica.

    • Ty popatrz na tego kolegę w parku.

    Rzeczywiście, tak bardziej wytężając wzrok można było zauważyć człowieka siedzącego na ławce. Trochę jest dziwnie ubrany, ale może taka moda panuje w tym mieście. Nie dziwi też, że spogląda w stronę naszego (możliwe, że głównego) bohatera. Widok spadającego z nieba człowieka może wydawać się ekscytujący. I nagle pan z parku podnosi rękę i wycelowawszy ję w stronę naszego bohatera zaciska pięść.

    • Uważaj! Krzyknąłem do potencjalnego głównego bohatera.

    Bohater (potencjalnie główny) sięgnął po rękojeść szabli, przekręcił się w związku z tym o trzysta sześćdziesiąt stopni w poziomie a sto osiemdziesiąt w pionie, spadając głową w dół, szybkim cięciem rozdwoił to coś co miało w niego uderzyć. Następnie, mrucząc „khazeD!” zatrzymał swoje spadanie a uderzając w szklane okno stojącego obok wieżowca, nabrał rozpędu i poleciał w stronę parku. Zza pleców dobiegł go okrzyk:

    • Dajesz Rysiu! W istocie bowiem mieliśmy do czynienia z Ryśkiem a on był nie tylko potencjalne ale także koniecznie głównym bohaterem.

...

sobota, 4 grudnia 2010

Ze wszystkimi błędami...

...dodaję do waszej dyspozycji tę historyjkę i, ufając, że więcej sprężyn nie wyskoczy z mojego łóżka, idę na papierosa. Nie można przecież całego dnia siedzieć przed komputerem.

    Prawdziwie można było o nim powiedzieć że umarł. Co prawda chodził jeszcze po tym świecie. Nie odczuwając jednak przyjemności ani bólu, nie mógł sobie także pozwolić na ich pochodne takie jak litość strach i nadzieja. Posiadał tylko mgliste wspomnienie owych uczuć, a jego egzystencja, lub jej brak, opierała się w zasadzie na czystej grze intelektu. Wedle niektórych definicji wolności można było uznać go za prawdziwie wolnego, inne nadawały określały jego zniewolenie jako nieskończone.
   Brak pragnień sprawił, że stał się kimś dla kogo określenie „podmiot działający” odnosi się w najmniejszym stopniu. Jedyną jego cechą nadającą mu pozór człowieka była skłonność do śmiechu. Śmiał się częściej niż inni co wynikało z nadmiernie rozwiniętego wyczucia komiczności. Zabawnym wydawało mu się właściwie wszystko, każdy wytwór rąk ludzkich i każdy aspekt życia. Od prostej łopaty do kosmicznego promu, od narodzin do śmierci wszystko obserwował ledwo co wstrzymując się od parskania w bardziej drażliwych sytuacjach.
    Za najzabawniejsze uznał dzieła filozofów . Zawsze miał na twarzy uśmiech gdy czytał opasłe tomy konstruujące coraz to inne wizje świata, nawiązujące do siebie i wykluczające się zarazem. Oczyma wyobraźni widział jak ci ponurzy skrybowie, pełni żarliwej pewności swoich przekonań, od ponad dwóch i pół tysięcy lat bezskutecznie próbują odpowiedzieć na kilka prostych pytań.
    Uznał, że pociesznym byłoby gdyby sam zabrał się za takie rozważania. Pogrążył się więc w dociekaniach nad naturą wszystkiego; telosem, arche, energią. Jego dywagacje były jednak niepełne. Pozbawiony irracjonalnego czynnika, nie potrafił wybrać tych czy innych aksjomatów dla opisania rzeczywistości. Wolny zaś od jakichkolwiek nadziei czy od lęku przed porażką uznał, że jego traktat winien nosić ślady tych cech, których on sam nie posiada. Nazwał swoje dzieło słowem należącym do z dawna już wymarłego języka oraz umieścił odwołania do swojego traktatu w co bardziej popularnych summach i organonach. Same odwołania odnosiły się do jego traktatu raz przecząc jego istnieniu, innym razem stwierdzając że mógł on niegdyś istnieć lecz zapewne został już zniszczony, gdzie indziej znowuż zastrzegając się o jego istnieniu a nawet lekturze. Większość postrzegała owo dzieło jako odkrywające wszystko co zakryte, nie poprzez spekulacje lecz w bezpośredniości determinujące swoje poznanie. Był to więc z traktat idealny.
     Jego twórczy dorobek obejmował także komedię, doskonałą z jego punktu widzenia. Wśród jej licznych zalet najwyżej cenił sobie tę, że osiągając graniczny punkt lakoniczności składała się z zaledwie pojedynczego słowa do dziś w gruncie rzeczy nierozszyfrowanego. Komedia ta, chociaż tak skąpa w formę i jednocześnie tak w niej uwikłana, oferowała mimo swojej nieokreśloności wszystko to, co najlepsze komedie mają do zaoferowania. Był w niej szczęśliwy koniec, karykaturalnie przedstawione postacie ludzkie, wartka akcja itd. Owa sztuka odniosła tak olbrzymi sukces, że współczesne hermeneutyki odrzuciły rozumienie jej jako dzieła wynikłego z działania, lecz raczej za samą zasadę twórczą.
    Wydawałoby się że jego zapał twórczy oraz długie życie jakim został pobłogosławiony pozwoliły mu na wydanie na świat więcej owoców geniuszu. Niestety nie stworzył niczego więcej. Na jego obronę warto zauważyć, że nie ujmował on czasu w taki sam sposób jak czynimy to my: wypominając wczoraj, tracąc dzisiaj oraz ciągle planując jutrzejszy dzień ze strachem i nadzieją. Brak nadziei, trwogi czy też żalu uczynił go odpornym na przeszłość i przyszłość. On sam zdawał sobie sprawę z następstw kolejnych jednostek czasu, lecz świadomość ta miała się nijak do jego trwania. Był to po prostu kolejny fakt o którym nawet nie starał się pamiętać ponieważ w gruncie rzeczy mało go on obchodził.
    Czasami dawał się porwać ludzkiemu stylowi życia. Średnio raz na dziesięć, dwadzieścia lat, kiedy spotykał, wedle jego rozumienia naprawdę zabawną osobę, wychodził zza zakurzonych półek swojej biblioteki ku światu spraw powszechnych. Wówczas, mimo braku łaknienia jadł, nie pragnąc zaś pił, spał wcześniej zaprojektowawszy sobie sny i kochał wedle definicji miłości którą uprzednio konstruował na podstawie obserwacji panujących w danej epoce obyczajów. Nigdy jednak nie trwało to zbyt długo, z natury będąc istotą aspołeczną , zazwyczaj zrażał do siebie otaczających go ludzi. Opuszczony wracał do swojej samotni aby poświęcić się rozważaniom nad kondycją ówczesnych społeczeństw.
    Jego rozważania zawsze były wtórne i odtwórcze. Wynikało to przede wszystkim z faktu, iż mimo biegłości w manipulowaniu ideami nie potrafił zrozumieć sposobu działania tej nieuchwytnej struktury popędów jaka kieruje działaniami społeczeństw. Sam tę niemożność uznawał za paradoks. Polityka i socjologia były dla niego dziedzinami dla których nie potrafił znaleźć odpowiednich hermeneutyk. Religia, mimo że poznał tak wiele systemów wierzeń, ciągle pozostawała dla niego wielką niewiadomą. Mógł co prawda przedstawić wiele argumentów za i przeciw istnieniu boga, tego Boga lub innych bogów; za i przeciw istnieniu zła, każdego zła. Każdy z tych argumentów przedstawiał klarownie, ze zniewalającą erudycją. Każdy z nich potrafił w podobny sposób obalić.
    Wielkie okno w jego gabinecie skłaniało go do spoglądania czasem na rozpościerający się za nim, wiecznie jesienny, zimowy, letni i wiosenny krajobraz. Obserwując grę wszech przenikających sił zdumiewał się symetrią jaka zachodziła pomiędzy tą grą za oknem i grą w środku - jego zasadą istnienia. Odkładał wtedy książkę i przez długi czas wpatrywał się w poruszane wiatrem drzewa. Wypełniało go wówczas uczucie nie tyle estetycznego zachwytu czy wyciszającej kontemplacji lecz upajającego zadowolenia. Kiedy nie patrzył wydawał się skromniejszy.


poniedziałek, 8 listopada 2010

Nomadzi Czaadajewa




   "Dzieje się tak dlatego, że myśmy nigdy nie szli ramie w ramie z innymi narodami; nie należymy ani do Zachodu, ani do Wschodu i nie posiadamy tradycji ani jednego, ani drugiego. Umieszczonych jak gdyby poza czasem, nie objęła nas powszechna edukacja ludzkości.(...) Wszyscy mamy wygląd podróżników. Nikt z nas nie ma określonej sfery istnienia, ustalonych zwyczajów i reguł dla czegokolwiek; nie mamy nawet ogniska domowego, nie mamy nic, z czym czulibyśmy się związani, co wzbudzałoby w nas sympatię lub miłość, nic trwałego, nic stałego; wszystko przepływa, wszystko mija nie pozostawiając śladu ani w nas, ani poz nami. We własnych domach czujemy się jak na postoju, w rodzinie sprawiamy wrażenie ludzi obcych, w miastach – koczowników, a nawet gorzej niż koczowników, którzy wypasają swoje stada w naszych stepach, oni bowiem bardziej są przywiązani do swojej pustyni niż my do swoich miast."

Piotr Czaadajew, Listy filozoficzne, s. 73.

niedziela, 7 listopada 2010

Cytat



   Kończąc czytanie jednej z powieści Tołstoja natknąłem się na cytat: 

"Nie mogę prowadzić z nimi sporów - pomyślał - oni są w pancerzach nie do przebicia a ja jestem nagi." 

   Poruszony myślą jaka przemawiała w tym, Lewina cytowaniu, wkleiłem je do wyszukiwarki aby zobaczyć czy zostało ono już wcześniej wspomniane. Wyniki mojego wyszukiwania były niestety nijakie. 
   Kierując się światłym celem rozpropagowania tego memu zdecydowałem się na umieszczenie go na moim blogu. 
   Dociekliwym i, podobnym od mnie ignorantom w sferze literatury rosyjskiej nadmienię, że ów cytat pochodzi z drugiego tomu Anny Kareniny, strona czterysta siedemdziesiąta piąta warszawskiego wydania z 1997 roku.


wtorek, 2 listopada 2010

Maniak, na blogu.

  

   Jak nie ma się o czym pisać, to trzeba wyciągnąć z szuflady coś starego. Co prawda, znalazłbym kilka tematów wartych poruszenia, ale czasu brak. Przecież każdy początek miesiąca obfituje w wiązkę nowości wymagającą przejrzenia i głębokiej analizy. Tak jest i tym razem; nowy zeszyt mangi Claymore, co tygodniowe wydanie Kekkaishi czy Kenji... Jakby tego było mało, trzeci mamy nowy sezon Merlina, kolejne odcinki Lost Girl, Dextera, Supernatural oraz Glee. A to przecież nie koniec, chcąc bowiem obcować nie tylko z kulturą niską ale także niziutką, trzeba było zanurzyć się w kolejnych tomach sagi Christophera Paoliniego. Taka wspaniała transdescendencja wymaga znowuż ruchu w kierunku przeciwnym, lektury Anny Kareniny (ponownej) oraz Ricoeur'a esejów O interpretacji (próby przynajmniej). Podsumowując, ten ruch w górę i w dół trzeciego świata (Poppera) nie pozwala praktykowanie innych czynności. Po prostu nie ma czasu na pisanie!
    Pozostaje jednak nadzieja, że wyrwawszy się kiedyś z tego koła wcieleń (każda lektura wytworu kultury jest wcieleniem się w aktora tego wytworu), wrócę do porzuconych projektów. Gdy ten moment nastąpi czytelnik bloga być może dowie się dlaczego Gilgamesz musi umrzeć, jak żyć będąc Genius loci i co jest tak naprawdę prawdziwe.
    Puki co przygotujmy się na starą, dobrą sprośność:


Drogi czytelniku, aby uchronić Cię przed nudnym wierszem najlepiej takiego nie pisać. Innym sposobem, właściwie jednym z wielu innych, jest napisać taki wiersz, aby odbiorca, wzburzony zachowaniem autora, nie tylko jego wytwór bez znużenia przeczytał, ale i zaczął szukać miejsca, w którym autor mieszka w celu wytłumaczenia temu demiurgowi jak pisać Nie Należy.

I wtedy ujrzałem Ygdrassil
Iglak o korze brunatnej i szarej jak popiół
Idiotyczny szkielet szczerzy się ku niebu
Idealne Axis Mundi na miotłę

Zataczam kręgi wokół drzewa wielkich
Moje ulubione spośród wszystkich innych
Stoi tu od stuleci, jeden wielki moloch
Epistemiczne drzewo, o dobra i zła owocach
Na jednej wieszają złych
Inną zdobią resztki lin po tych dobrych

Kruków tu nie widać
Kiczem czyniły ten obrazek
Kreśliły go zbyt patetycznie, że aż banalnie
Kropnąłem by tego uniknąć ostatniego kruka

Wcześniej stał na gałęzi i krakał złośliwie
Czekał na zbuntowanej młodzieży pokolenia nowe
W szlachetnych porywach zdobiącej gałęzie
Powiedziałem mu, że kres i krach tylko zdobędzie
Teraz nawet moja Pamięć nie odnajduje
jego imienia, w Myśl-ach moich ucichło krakanie

Wracam pod drzewo - w poszukiwaniu mandragory.
Wedle zasad dedukcji - powinna tu gdzieś być.
Wyrwę ją zębami - tak jest w przepisie
Wrzask jej mnie nie zabije - za dużo wypiłem

Dlatego po spirali zbliżam się do korzeni
Swoich Antenatów nie mam w przeszłości
Zjadłem ją, zadziała za dziewięć dni
Poczekam długie godziny w ciemności
Sześćset sześćdziesiąt sześć run poezji
W pośpiechu wzbieram drogę wspinaczki

Połykając język wspominam, jak
Przez Eony odsiadywałem karę
Prochem śmiertelnie Duch mój był zgnieciony
Pływał we wcieleniach – tych kolejnych
Piekłach, w których innych palę

Najpiękniejszych aniołów Bóg dał ludziom za dusze
Tak jak Gwiazda Zaranna rozświetlamy stworzenie
Bo przecież zło rozpala tylko ludzkie jaźnie

poniedziałek, 25 października 2010

Kot, jaki jest, każdy widzi.

   O tym, że owe koty nie istnieją wiedzą chyba wszyscy czytelnicy tego bloga. Nie łudząc was więc, co do wartości owego ikonu, popełniam poniżej prezentację fikcji idealnej. Jest w niej tyle fałszu, że przyglądający się bliżej czytelnik z łatwością przedrze się przez zasłonę Maji i dostrzeże nano-litery, których gęstość oraz styl kreują poniższe cienie, światłocienie i barwy. Treść ukryta, tutaj niejako za kurtyną, jest kluczowa dla zrozumienia sensu przesłania jakie niesie ten post...

wtorek, 5 października 2010

Siedem prostych zasad na życie w ukryciu, prosto z I'm not there.



Pierwsza: nigdy nie ufaj glinie w prochowcu.

Druga: strzeż się entuzjazmu i miłości. Są tymczasowe i chwiejne.

Trzecia: zapytany, czy obchodzą cię problemy całego świata, popatrz głęboko w oczy pytającemu. Drugi raz cie nie zapyta.

Numer cztery i pięć: nigdy nie podawaj swojego prawdziwego nazwiska. Jeśli ktoś powie, żebyś na siebie spojrzał, nigdy nie patrz.

Szósta: nigdy nie mów, ani nie rób niczego, czego nie zrozumie twój rozmówca.

Siódma: nigdy nic nie twórz. Bo będzie źle zinterpretowane. Zniewoli cie to i będzie się za tobą wlec do końca twojego życia i nigdy się nie zmieni.



Taka, a nie inna forma językowa tych zasad wynika z umiejętności KinoMania SubGrup, dzięki chłopaki i/lub dziewczyny.

piątek, 1 października 2010

Pierwsze koty za płoty.


 Wszystko wyłania się w jakiejś kolejności, kotów też to dotyczy. Zamiast grupowego zdjęcia sześciu kotów zaprezentuję dwa zobrazowania. Na pierwszym Vercingetorix. 






Tutaj mamy Vercingetorixa oraz Cezara. Zdjęcia z pierwszych stadiów kampani.



Niedługo pojawią się: Nabuchodonozor II, Tezcatlipoca, Cú Chulainn i Vainamoinen.

środa, 29 września 2010

Coś dla nekomaków czyli kotki lubią kawę…



     
Pierwszy neko-post będzie jedynie sprecyzowaniem sądu „kotki lubią kawę”. Chcąc ustrzec się przed oskarżeniami obrońców praw zwierząt, już na wstępie zastrzegam, że żadnego kota kawą nie poiłem. Upodobanie jakie te małe drapieżniki odnajdują w kawie jest czysto platoniczne, znaczy się nie dochodzi tu do konsumpcji.  
Chwilowo nie zamieszczam tu zdjęć rzeczonych kotków. Jest jeszcze za ciemno a poza tym, nie wiem gdzie one teraz są – to wolne kotki. 
Wszelkich zainteresowanych proszę o cierpliwość.


 

wtorek, 28 września 2010

Machete czyli jaką ścieżką winno się podążać w życiu.

  1. W życiu najlepiej podążać na motorze.
  2. Broń biała (maczeta/katana/batorówka) jest niezbędnym elementem ekwipunku.
  3. Mile widzianą będzie jakaś Jessica Alba siedząca na tylnim siedzeniu.
  4. Życie będzie nudne gdy nie znajdziemy sobie porządnego oponenta, Sauron, Rahl Posępny, Steven Seagal, Hegel to tylko niektórzy godni wyboru przeciwnicy. Ważne aby jakiegoś znaleźć.
  5. Jedynym godnym prawdziwego bohatera końcem jest odjazd w stronę zachodzącego słońca. Jako że słońce zawsze gdzieś tam zachodzi, można wyruszyć o każdej porze.

Zapraszam do dodwania własnych postulatów Mashete.

piątek, 17 września 2010

Hacked!!



Szanowni Czytelnicy,

Międzynarodowa scena hackerska śledziła poczynania blogera ukrywającego się pod pseudonimem Łukasz Kukiełka od zarania Jego działalności sieciowej.
Łukasz już od podstawówki wykazywał nadzwyczajne zainteresowanie bezpieczeństwem elektronicznej informacji. W wieku 7 lat przewyższał wiedzą przeciętnego informatyka z 10 letnim stażem w zawodzie. Niezwykła inteligencja zorientowana obiektowo była zaledwie ułamkiem nieprawdopodobnego sukcesu tego najbardziej poszukiwanego hackera-poety wszech czasów. O spektakularnym i błyskawicznym sukcesie zadecydowało niezwykle rzadko spotykane połączenie ultra wydajnego obliczeniowo umysłu i determinacji w łamaniu ludzi, nie zaś haseł, czy wyszukiwania luk systemu. Łukasz był jedynym w swoim rodzaju łamaczem ludzkich psyche, infekował ich komputery, zarażał pliki, szkodliwym kodem jak i zatrutym słowem. W ten sposób jego słowa docierały do serca, gdzie rozprzestrzeniały się i infekowały umysł. Umożliwiały przejęcie wolności jednostek poprzez narzucenie woli Łukasza i stłamszenie dowolnej indywidualności wystawionej odpowiednio długo na jego wirusy i złe, przepełnione podstępem słowa. W ciągu zaledwie kilku miesięcy Jego blog rzucił na kolana tysiące osób z całego świata. Rządy wszystkich państw w porozumieniu z międzynarodową społecznością Anonimowych hackerów podjęły radykalne decyzje. Cały cyberświat wypatrywał tylko jednej esencji w całej cyberprzestrzeni. Łukasz był nieuchwytny, łamał kolejno wszystkie firewalle rządowych organizacji, przejmując i niszcząc serwery. Nie odpuszczał też hackerskiej scenie, wyłapując najbardziej utalentowanych przedstawicieli undergroundu. Łukasz był jedyną siłą na świecie która wstrząsnęła całym Anonimowym światem. Przegrywaliśmy bitwy jedna po drugiej. Szala zwycięstwa przechylała się w stronę samotnego geniusza, hackera-poety. Tylko cudem, ostatnim pozostałym przy zmysłach i komputerach hackerom udało się trafić na niewielki trop, światło w tunelu, błahostkę... Łukasz zgubił w bibliotece IF skrawek papieru, na  którym jak się okazało znajdował się login wraz z hasłem do jego niezwyciężonego bloga. Dzięki uprzejmości pani bibliotekarki (całe szczęście, trafiła się ta miła), udało się nam wejść w posiadanie tych super tajnych i śmiertelnie niebezpiecznych informacji. Gdyby wpadły w niepowołane ręce, świat jaki znamy dziś dobiegłby końca w nie więcej niż 3 miesiące.

Niniejszy wpis jest wyrazem tryumfu jaki odniosła wolność umysłu nad zniewoleniem. Uzyskując dostęp do serca projektu Łukasza Kukiełki uzyskaliśmy zarazem dostęp do rządu dusz. Zdajemy sobie sprawę z ogromnej odpowiedzialności jaką niesie ze sobą ta sytuacja. Zdecydowaliśmy zniszczyć blog i raz na zawsze pogrzebać szansę zawładnięcia ludzkimi umysłami.

Wstańcie, zamknijcie przeglądarki, wyłączcie systemy... Idźcie na dwór, w stronę słońca. Żyjcie, jesteście wolni.

Anonymous,
Semper fidelis.

wtorek, 27 lipca 2010

Tytułem tutaj będzie zakończenie.



Rzeczy które dziś zrobiłem były w miarę podobne do tych, które zrobiłem wczoraj, przedwczoraj i jeszcze wcześniej. Moje zajęcia z ostatnich siedmiu dni mogłyby być wykonane w kilka godzin. Co do marnowania czasu, świadomy więc jestem z faktu swojej bezczynności. Co więcej, mam wrażenie, że reszta tego miesiąca będzie przebiegać w podobny sposób. Każde zajęcie jest zbyt czasochłonne więc je przerywam aby przejść do rozmyślań o drugim. W chwilach większego namysłu dopada mnie nuda. Tyle o czasie.
            Przestrzeń jawi mi się jako rzecz nieprzystająca - jest tak niewielka z jednej strony, że miejsca w niej jest dla mnie stanowczo za mało, moja obecność wydaje się być przytłaczająca dla innych osób, z drugiej strony jest ona zbyt duża jak dla mnie, wszędzie jest za daleko. Rzecz ujmując w skrócie, jest to przestrzeń wiejska.
         Ta dojmująca aporetyczność zarówno czasu jak i przestrzeni, będąca zarówno klatką dla wszelakich działań jak i wyzwoleniem od nich, staje się powoli moją drugą naturą. Nie wiem czym taka wakacyjna aberracja różni się od zaniechania jakie kierowało mną dotychczas. 
          Pisząc to, odsłuchuję niczym radiową audycję film Bernarda Queysanne o tytule Człowiek który śpi. Co chwila spoglądam na obraz, zaraz przechodzę do edytora tekstów, to znów klikam na interfejs Gom`a wyświetlający film. Otępienie które teraz odczuwam jest jakieś inne od tego sprzed kilkunastu minut, kiedy jeszcze nie rozpakowałem ściągniętego z sieci piliku z filmem, nie zapisałem tych kilku słów. To otępienie jest inne, przecież rodzi jakieś działanie więc nie jest bezczynnością a raczej bezwolnym transem wywołanym tak szczególną symetrią między życiem jakie prowadziłem do tej pory a tym z fikcyjnym, o którym właśnie słyszę. Takie wakacje…

środa, 23 czerwca 2010

niedziela, 13 czerwca 2010

Gilgamesz,Enkidu, Chumbaba.



  Sprawa dotyczy dwóch mężczyzn zamierzających zabić trzeciego. Ich podróż, której uwieńczeniem ma być zbrodnia, jest wzorcowym przykładem transcendencji swoich ułomności. Wyruszyli w nią, aby zyskać sławę i udowodnić swoje męstwo, a jakże inaczej miałoby się to odbyć jak nie poprzez krew tego, na którego się zasadzili. Oto jak zdobywa się nieśmiertelność: należy zabić i mieć przy tym poparcie prasy.

środa, 9 czerwca 2010

   


   Nadchodzi taki czas, kiedy po nieprzespanej nocy wypełnionej nie dzikimi orgiami czy nieostrożnym piciem, lecz samotnym oglądaniem seriali, przychodzi ochota na grafomanie. Następuje to mniej więcej wtedy, gdy kolejny limit Magavideo pozostawia człowieka w przestrzeni czasowej, którą nie sposób już wypełnić przygotowaniem kolejnej kawy, czy skręceniem następnego papierosa, i ponieważ w kubku stoi jeszcze trochę zapasu rozpuszczalnej a bibuła się wyczerpała nie pozostało mi nic innego jak uciec w objęcia World’a. Mogłoby wydawać się, że taki eskapizm jest czymś próżnym, istotnie coraz więcej przesłanek skłania mnie do poczynienia takiego wniosku. Rzecz taka jak czas, od blisko dwustu lat ceniona bardziej niż jakiekolwiek inne bóstwo, może poza pieniędzmi, ciężko każe bluźniących mu eskapistów. Nie tylko moralnie, lecz i prakseologicznie nagannym jest przecież bezcelowe wykorzystywanie danych nam skądinąd chwil. Takie działania mszczą się na nas późniejszymi niepowodzeniami czy naszą postępującą alienacją. Dodatkowo uczestnictwo w nich staje się nałogiem, są one niczym papieros ulotne i pozostawiają niedosyt... Chyba już dość rozpisałem się nad zaletami eskapizmu, aby zadać sobie pytanie: czy skończył się już limit na Megavideo?

niedziela, 16 maja 2010

Grafomania



  Oglądałem właśnie film zawierający scenę palenia papierosa i pisania pewnego tekstu. Sam właśnie paliłem nadpalonego już skręta i popijając go zimną kawą zacząłem zastanawiać się nad grafomanią. Były to dociekania w zasadzie autorefleksyjne. 
  Ciekawe, co różni artystę od literata a tego od grafomana. Wiem, że ma to coś wspólnego z przesadną górnolotnością słów, lub w nowomową, której nie przystawanie jest zbyt widoczne w danym kontekście. Możliwe, że artystę od literata dzieli zaangażowanie w swoją literaturę a od grafomana większa wprawa w doborze środków stylistycznych. Pomyślałem jednak o czymś więcej, otóż różnica pomiędzy grafomanią a nawet niezdarnym artyzmem przekazu wydaje się zasadzać na czymś innym, na pewnego rodzaju prawdzie przekazu... Medium zastosowane do nadania jakiejś wizji kształtu oraz wizja, która kreowana jest przed lub wraz z rozpinaniem się nad nią medium przeciwstawione zostaje czemuś trzeciemu, światu wartości lub sądów, który nadal mi ucieka uniemożliwiając tym samym jasne przedstawienie sprawy. Możliwe, że owa prawda, jaka odróżnia tekst artysty od tekstu grafomana zasadza się właśnie na relacjach pomiędzy wizją piszącego a tym trzecim elementem, który nam, przy odbiorze, pozwala współ-odczuwać dany tekst lub odnieść się do niego tak, jakby relacja współ-odczuwania była zasadną. Coś jest takiego, na przykład w tekstach Bukowskiego, co nie pozwala nam uznać je za szmirę, podobnie z Eco (Wahadło Foucaulta, o innych powieściach czy felietonach nie piszę, ponieważ tylko ten tekst jest dla mnie nadal żywy), albo Hrabalem (Zbyt głośna samotność także najżywiej na mnie oddziałuje). W przypadku Borgesa za artystyczne mogą uchodzić, oprócz opowiadań także eseje (Nowa refutacja czasu), a jednak przeczuwa się, że jego wiersze są bardziej grafomańskie niż artystyczne. Joyce nadał tej relacji wyraz skrajnie epifaniczny, co byłoby w innym przypadku grubiaństwem, jednak jemu uchodzi to na sucho. Może chodzi o odwagę takiego a nie innego doboru środka ekspresji, aby przedstawiona nam rekonfiguracja rzeczywistości nie była czyś pustym, odwołującym się tylko do siebie, ale szła dalej. 
  Dziwne i nietypowe jest pisanie o takich sprawach – tu nie tylko rozwiązanie ucieka, ale i problem coraz bardziej się zaciera. A wydawało mi się, że wystarczy tylko jedno zdanie dla skonkretyzowania tej myśli.
 

niedziela, 9 maja 2010

Epifania, Bukowski - czyli pierwszeństwo intencjonalności ad extra nad refleksją ad intra.

No to lecimy:

jeden dolar 25 centów za galon


życie potrafi być głupie jak wnętrze
starych butów kiedy pies wyje na
deszczu.
wjeżdżam na stację benzynową
moim volkswagenem rocznik'67 a
jakaś kobieta
zastawia mi
wjazd.
trąbię
ona się ogląda.
znowu trąbię
i ruchem ręki pokazuję
jej żeby się ruszyła i nalała
benzyny do swojego rzęcha. wyglądała na
zdziwioną.
to tania samoobsługowa stacja
i
wszyscy męczymy się w długich kolejkach
bezlitosnego losu.
w końcu podchodzi ktoś z personelu i
obsługuje
tę kobietę. ona opowiada mu o mnie:
jestem gnojkiem - bez stylu,
bez wstydu.
patrzę
na jej dupsko
i dochodzę do wniosku że mi się niezbyt
podoba. ona patrzy na moją twarz i
dochodzi do takiego samego wniosku. kiedy
odjeżdża podnoszę
maskę
chwytam za węża i myślę,
że może chciała mnie przelecieć.
nie byłem
w nastroju.
kiedy podchodzi facet z obsługi
widzę
że czuł to samo co ja.
płacę, pytam którędy
na Beverly Hills i odjeżdżam.



Bukowski Ch. Światło błyskawicy za górą, 2009, losowo wybrana strona.

piątek, 7 maja 2010

Ballada o Robinie Goodfellow


  Kiedy zeszłej nocy, w jednym ręku trzymając piwo a w drugim papierosa przypomniałem sobie o niegdysiejszym tłumaczeniu, pomyślałem, lepiej już żeby siedziało ono na blogu niż dusiło się na twardym dysku. Jakkolwiek jest to jedynie skrawek ballady, to chyba nie pamiętam żeby coś więcej chciało się komuś na nasz język tłumaczyć.

Tum zadął w ton wesoły
O Robinie Goodfellow
Większy byś mi posłuch dał
Gdybyś jego brudy znał

Lecz wpierw zdradzę jego urodzenie
I jak to z jego matką było
By później jak Robina wesołego
Psocenie się skończyło

Dawnymi czasy, gdy dziwy zwykły
Nocą wyprawiać czary
I gładko przemykać przez klucza szpary
Ma opowieść wybiera tory

Wśród tych cudownie ładniutkich mas
Był Oberon, ich król
Ten nie zwykł oddawać im pola
W ich piciu na umór

Wiele posesji zajmowali
Lecz jedna wyziera spoza tła
W niej urodziwe dziewczę żyło
Tę król w największym poważaniu ma

Ta gospodyni urocza, czarowna i nadobna
Tak uprzejma, potulna i łagodna była, że
Jak w mym piśmie stoi, przez króla Oberona
Została dzieckiem uraczona

Wiedziała nie, kim ojciec był
Lecz jak to zwykle bywa
W noc on do niej wciąż chodził
I wraz ze świtem spływał

Niedoszła żona więcej rozumu ma
Niż miała świeża matka
Rzekła, musi on jakimś dziwem był
I stąd ma dola taka

środa, 5 maja 2010

I po ortograficznej nutce dekadencji.

  Jednogłośną (jednym głosem) uchwałą zarządu bloga ustalono zamianę "kawe" na "kawę". Ta imperialistyczna a przede wszystkim dekadencka ortografia zagrażała zdrowiu polskiej, katolickiej rodziny więc niezwłocznie należało ją usunąć. Ów obcy element, łącząc poprawną formę "lubię" ze szczeniackim pustosłowiem "kawe", tworząc chimeryczny dysonans, siał zgorszenie wśród naszej młodzieży (chciałoby się).  


  Zdecydowano więc uciąć głowę tej hydrze, aby na jej miejsce pojawiły się inne poczwarne facjaty o większej niż poprzednia sposobności demoralizacji młodego społeczeństwa.

Płynąc ku nieskończoności.

Gdzieś tak pół roku temu siedziałem w Empiku nad Wyspą dnia poprzedniego. Umieściłem jeden czy dwa akapity z tej powieści miedzy bazgrołami z "lekcji" o giętkości, ciągłości i dyskretności (tak, nie dyskrecji tylko dyskretności) oraz zapiskami z zajęć o różnicach i podobieństwach w poglądach jednego takiego Richarda R. ze względu na punkt widzenia drugiego takiego Hans-Georga G. Jest to jedyny fragment mojego zeszytu, do którego wracam chociaż został już zapisany.

„W końcu uderzyła go jeszcze jedna myśl, która bezgranicznie zmniejszyła ryzyko w tej grze, a nawet jego czyniła w obu wypadkach zwycięzcą. Załóżmy, że prąd zniesie go w kierunku przeciwnym. Otóż po minięciu tamtego cypla (wiedział, bo zrobił przecież próbę z drzwiami) prąd poniesie go wzdłuż południka...
Gdyby tak leżał na powierzchni wody, wpatrzony w niebo, nie zobaczyłby już nigdy ruchu Słońca; unosiłby się na tej krawędzi, która oddziela dzisiaj od dnia poprzedniego, a więc poza czasem, zawsze w samo południe. Ponieważ czas zatrzymałby się dla niego, zatrzymałby się też na Wyspie, odwlekając w nieskończoność śmierć Lilii, jako że teraz wszystko, co się jej przytrafia, zależy od jego woli narratora. W zawieszeniu on, w zawieszeniu wydarzenia na Wyspie.
Poza wszystkim innym, cóż to za nadzwyczajnie przenikliwy chiasm! Znalazłaby się w tym samym położeniu, w jakim on się znajdował przez czas już nie do wymierzenia, o dwa sążnie od Wyspy, a niknąc pośród oceanu, złożyłby jej dar z tego, co było jego nadzieją, zatrzymałby ją na krawędzi nie kończącego się pożądania - oboje bez przyszłości, a tym samym bez oczekiwania na śmierć.
Potem puścił wodze fantazji i jął wyobrażać sobie, jaka byłaby jego wędrówka, a ponieważ usankcjonował już stopienie się w jedno światów, czuł, jakby chodziło jednocześnie o wędrówkę Lilii. Było to niezwykłe dokonanie Roberta, bo przecież zapewniłby ukochanej także nieśmiertelność, której zmowa długości geograficznych inaczej by jej nie przyznała.
Zdążałby ku północy z prędkością umiarkowaną i jednostajną, po lewej i prawej ręce następowałyby po sobie dni i noce, pory roku, zaćmienia i przypływy, nowe gwiazdy przemierzałyby niebo, niosąc zarazy albo wstrząsy w imperiach, monarchowie i papieże siwieliby i znikali w obłokach prochu, wszystkie wiry świata dokonałyby swych wietrznych obrotów, a z holokaustu starych gwiazd wyłoniłyby się nowe... Wokół niego morze rozszalałoby się, a potem uciszyło, pasaty przemykałyby na wszystkie strony, a dla niego nic by się nie zmieniało w tej wypełnionej spokojem bruździe wodnej.
Czy zatrzymałby się kiedyś? Wedle tego, co zapamiętał z map, żaden inny ląd, poza Wyspami Salomona, nie rozciągał się na tej długości geograficznej, a przynajmniej do bieguna, gdzie ta długość zlewała się w jedno z wszystkimi innymi długościami. Skoro jednak okręt z wiatrem od rufy i całym lasem masztów potrzebował wielu, wielu miesięcy, żeby przebyć szlak podobny do tego, którym Robert miał ruszyć, jak długo on wytrwa na swoim kursie? Może całe lata, nim znajdzie się w miejscu, gdzie z dniem i nocą, z biegiem stuleci działo się coś, o czym nie miał pojęcia.
Jeszcze przez cały ten czas spoczywałby otulony miłością tak wzniosłą, że nie dba o utratę warg, dłoni, źrenic. Ciało wyzbyłoby się wszelkiej limfy, żółci czy flegmy, przez wszystkie pory wtargnęłaby woda, a przenikając do uszu, zagipsowałaby mózg słonością, zajęłaby miejsce szklanego humoru oczu, dostałaby się do nozdrzy i rozpuściła wszelki ślad po żywocie ziemskim. W tymże czasie promienie słoneczne karmiłyby go cząsteczkami ognistymi i one to pozbawiłyby ciecz ciężkości, czyniąc z niej jedną kałużę powietrza i ognia, którą siła sympatii wzywałaby ku górze. I Robert, lekki teraz i lotny, wzbiłby się, by dołączyć najpierw do duchów powietrznych, a potem do duchów słonecznych.
To samo stałoby się z nią w ostrym świetle padającym na skałę. Rozprzestrzeniłaby się niby kowane złoto, które zmienia się w prawie przezroczystą blaszkę.
W ten sposób z biegiem dni połączyliby się w tym porozumieniu. Chwila po chwili stawaliby się jedno dla drugiego tym, czym są zespolone bliźniacze igły kompasu, z których każda naśladuje ruch swej towarzyszki, odchylając się, gdy druga zdąża dalej, przyjmując na nowo pozycję prostą, gdy druga wraca na pierwotne miejsce.
Tak zatem wspólnie przebywaliby dalszą drogę, prosto w stronę czekającej na nich gwiazdy - pył atomów wśród innych kosmicznych korpuskuł, wir pośród wirów - wiekuiści teraz jak świat, albowiem utkani z pustki. Pogodzeni ze swym przeznaczeniem, jako że ruch Ziemi niesie choroby i strach, ale drganie sfer niebieskich pełne jest niewinności.
Tak zatem gra zawsze musiała przynieść mu zwycięstwo. Nie ma co się wahać. Nie ma też co gotować się do tej tryumfalnej ofiary bez ekwipunku właściwych rytuałów. Robert powierzył papierowi ostatnie czyny, jakich zamierzał dokonać, a co do całej reszty, pozwolił nam odgadywać gesty, rytmy, kadencje.”

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Każdy staje się jednakowo banalny.


Na dobry początek Głupota tak jak ją widzi Cesare Ripa.


       Piszę, bo tego wymaga organizm: kolano coraz gorzej funkcjonuje, gdy nie piszę. Co jednak robić, jakie działania podjąć, aby warte były spisania? Na pewno ważne i wielkie, wybuchowe też z pewnością. Problem w tym, że łatwo planować na wyrost, na kiedyś a trochę trudniej zorientować się, co w tej chwili zrobić wartego opisania. Ponieważ przeszłość oferuje jedynie zlepek przypadków nieciekawych i zniechęcających a przyszłość jest niemożliwa do skonstruowania czy nie lepiej odpuścić sobie wszelakie zabiegi deskryptywne i zacząć inną działalność, malować może? Mógłbym, gdybym miał talent. Chyba powoli uświadamiam sobie jak wiele jest rzeczy do robienia, których zupełnie się nie nadaję. Prawdopodobnie starzenie się polega właśnie na stopniowym orientowaniu się we własnej pośledniości. I tak, wraz z postępującymi latami, staramy się zakryć nasze niedomagania pod narzutą z doświadczenia życiowego. Arogancja dla zatajenia ignorancji – piękny dualizm!

piątek, 23 kwietnia 2010

O tym co ukryte.


Pamiętam jak na jednym z barowych spotkań stałem się obiektem żartów jednej, skądinąd wcale nie złośliwej znajomej, a komiczność mojej osoby miała polegać na absurdalnym doborze tematu pracy zaliczeniowej na kurs Współczesne problemy etyczności. Otóż, gdy inni omawiali zawiłości związane z zagadnieniami aborcji czy eutanazji, mnie oba te problemy nie dotyczyły (wiek i status singla) a rozważanie ich depresyjnego charakteru miałem z szczególną formę filozoficznego masochizmu, więc zdecydowałem poświęcić zagadnieniu tkwiącemu na granicy filozofii i religioznawstwa tekst zatytułowany Dylemat etyczny: dobrze czy źle jest być wilkołakiem?  Rzecz ta miała traktować o podłożach takiej a nie innej waloryzacji istot zajmujących potężną dziedzinę w naszej kulturze masowej, więc nie była do końca taką wyciągniętą z kosmosu absurdalnością. Wydaję mi się, że problem leżał tu raczej nie po mojej stronie, co wynikał raczej z prowincjonalnej postaci naszego poglądu na dziedzinę dociekań akademickich a już w szczególności filozoficznych. Ciekawe ile jeszcze lat musi upłynąć zanim szacowne gremia uświadomią sobie, że kultura masowa to nie kałuża, którą można zignorować no, ostatecznie z niewielkim trudem ominąć, ale ocean, w którym umiejętność pływania jest niezbędna do jego całościowego oglądu. I co jest najzabawniejsze, to właściwie można powiedzieć, że wszyscy w nim pływamy, co poniektórzy jednak robią to ukradkiem...
Tak jak poniżej:

Sądzę, jednak, że objawienia doznałem między końcem roku 1961 a początkiem 1962. Zostałem wówczas zaproszony na konferencję poświęconą zagadnieniu "demitologizacja a obraz", zorganizowaną przez Enrica Castellego z Instituto di Studi Filosofici w Rzymie, i niepokoiłem się, ponieważ mieli w niej wziąć udział słynni znawcy problematyki mitu, tacy jak Kerényi, znawcy hermeneutyki filozoficznej, tacy jak Ricoeur, teologowie protestanccy, religioznawcy, jezuici i dominikanie, filozofowie wszelkiej maści. Co miałem powiedzieć? Byłem przekonany, że problem mitu i obrazu jest czymś, co charakteryzuje nie tylko epoki prymitywne i klasyczne. Mam w szafie dwieście lub trzysta egzemplarzy oryginalnych tomów z komiksami, zawierających kolorowe historyjki o Supermenie, i uważam, że w gruncie rzeczy jest to mit naszych czasów, który nie wyraża religii, lecz ideologię... No więc przyjeżdżam do Rzymu i zaczynam swoje wystąpienie od położenia na stole komiksów z Supermenem. I co się dzieje, wyrzucają mnie? Nie, proszę państwa: ginie mi połowa komiksów – czy to miałoby znaczyć, że ci mnisi w habitach z szerokimi rękawami udawali, że je przeglądają, a jednocześnie podkradali je sobie, jak gdyby nigdy nic?

Eco U., Apokaliptycy i Dostosowani, W-wa, 2010, ss. 15-16.

piątek, 16 kwietnia 2010

Niebezpieczne analogie.

,Jako pierwszy fragment podaję rzecz już na początku uderzającą czytelnika Szatańskich Wersetów, konfrontuję to z opisem stworów zwanych Oni cytowanym przez współczesny artykuł traktujący o opowieściach grozy w epoce Edo. Oba wydają mi się niezwykłe.

„Szatan tedy, skazany na dolę włóczęgi, bezdomnego wędrowca, choć z racji swej anielskiej natury posiada coś na kształt królestwa w wodnych pustkowiach lub w powietrzu, to jednak z pewnością częścią jego kary jest to, że nie ma nic stałego, żadnego miejsca, gdzie mógłby oprzeć stopę.”

Daniel Defoe, Historia Diabła, [a szczerze:] Salman Rushdie, Szatańskie Wersety, 1992, s. 4.


“Heaven and earth, mountains and rivers, trees and grasses, water and fire, stones and dirt, all sentient beings are yin-yang. The work of yang is called kami, and the work of yin is named oni…. Since all the bad and evil belong to yin, the souls of wicked people are called oni…. their [wicked] souls have nowhere to go and nobody worships them. So they linger in the air and cause various problems [to humans].”

Yamaoka Genrin, Hyakumonogatari hyõban, 1686, [konkretniej:] Tachikawa, 1993, ss. 13–14, [już zupełnie konkretnie:] Noriko T. Reider, The Emergence of Kaidan-shu, [w:] Asian Folklore Studies, Volume 60, 2001: ss. 79–99. Coś długi przypis, ale co zrobić – tak to znalazłem.

Niezręczność o zręczności.

   To taka właściwie zawiść z mojej strony, taka niechęć do tych, lepiej potrafią się zakręcić w życiu, nic więcej przez to co poniższe nie przemawia. Przecież wszystko nad czym nieudolnie staram się znęcać jest takie zwyczajne...


Cóż w dłoniach innego jak chęć ku posłudze,
wiele wszak świątyń stoi tu otworem.
Dla zręcznych dłoni sakramenty cudze,
ekstaz prywatnych stają się motorem.



wtorek, 13 kwietnia 2010

Z cyklu herezje prezentuję państwu myślenie nieortodoksyjne, niegramatyczne i nie poparte żadną racjonalnością.

Rzecz w tym, że każda teoria jest równie dobra jak wszystkie inne. Każda z nich jest jak droga ku tęczy: wszystkie oferują inny świat, żadna go nie dostarcza, żadna do tęczy nie dociera i żadna nie ujmuje prawdy, czyli w zasadzie tego, one wszystkie nam obiecują. Każda teoria wobec tego równie dobrze, lub też równie nędznie tłumaczy rzeczywistość. Przyczyną wzajemnego ich wypierania się jest raczej nie postęp w wiedzy, lecz zmiany w języku: wprowadzanie nowych słów, obrazów i dźwięków oraz ogólna dyfuzja znaczeń pomiędzy poszczególnymi językami narodowymi. Zmiany w dziedzinach nauk wynikają w swej warstwie tłumaczącej z owych nieustannie zmieniających się mediów językowych. Można powiedzieć, że pierwotne opowieści równie sprawnie i rzeczowo tłumaczyły rzeczywistość jak ich dzisiejsze naukowe korelaty. Tak jak i w owych opowieściach tak i w naukowych odmianach naszej teraźniejszości mamy nierozstrzygalne problemy moralne, nam transcendentne nas konstytucje, prakseologię ogólną, oraz całą sferę magii, która z nekromancji przechodzi w, czy to transplantologię, czy w fizykę teoretyczną. Wszystko zaś sklepia się tak jak i niegdyś więzami danej nam fabuły określającej to, co powinniśmy i to, co nie powinniśmy wiedzieć.
            Twierdzę, że od tysięcy lat nie tylko nie dokonała się żadna jakościowa zmiana w nas jako ludziach, co więcej, nie jesteśmy tworami jakościowo różnymi od zwierząt. Czy nasze osiągnięcia cywilizacyjne tak bardzo różnią się od konstrukcji stworzonych przez mrówki czy termity? Nie wydaje mi się. Podobnie jak u zwierząt, w naszym życiu dominuje zjawisko określane sygnaturą „gra”. Nie mam zamiaru naświetlać w tym miejscu ujęć, według których odgrywanie pewnych ról, przybieranie pewnych barw, póz staje się u zwierząt przejawem funkcjonowania doboru płciowego, czy też celem samym w sobie. Chociaż, że odnosi się to do zwierząt a więc i do ludzi, więc możemy sobie pozwolić także i na tą teorię-lustro i przeglądać się w niej do znudzenia, jednak wolałbym odnieść się do innego aspektu gry w naszym życiu. Nasze działania, słowa wypowiadane w ciągu całego życia przypominają zachowanie graczy w grze o zasadach nie do końca określonych, grze, w której każdy uczestniczy. I tak jak bezcelowe jest pytanie o sens gry, w której bierze się udział, tak i nie tylko trywialnym, ale i nawet zabawnym wydaje się pytanie o sens naszego życia. Możemy trzymać się tego ułamka niejasno nakreślonych nam zasad, wciągnąć się w tę grę, oszukiwać w niej; gdy pytamy o jej sens, sens życia także postępujemy według zasad tej gry, ponieważ zazwyczaj forma pytania z góry implikuje odpowiedź. Możemy narzucać sens grze, możemy udawać, że ma ona jakieś znaczenie, nikt nam nie zabroni takich działań… Co więcej, jakąż to satysfakcję osiągamy, jakaż nas przyjemność ogarnia gdy skończona konstrukcja naszej odpowiedzi jawi się przed nami i sprawia, że czując może nawet objawienie wydajemy się sobie mądrzejsi od innych. Cieszmy się takimi chwilami, ponieważ oznaczają one, że ugraliśmy właśnie coś dla siebie…
            Można, na koniec uznać, że nic znaczącego nie nastąpi do końca naszych dni, nie będzie żadnej zmiany w nas, żadnego wyjścia ponad poziom zwierzęcia. Koniec naszego rodzaju odbędzie się na podobieństwo końca tak wielu innych istnień żyjących na tej planecie: może nie zostaniemy wyparci przez inne zwierzęta, może raczej wyczerpiemy naszą niszę ekologiczną i z wieku na wiek będzie nas coraz mniej, nie wiem. Ważne jest to, że nie będzie żadnej Apokalipsy, niczego co ma nas wywyższać ponad inne istnienia. Tak wiele z nich przeminęło, o przeminięciu tak wielu nie mieliśmy pojęcia, podobnie nasze wymarcie nie odbije się zbyt wielkim echem w świecie. W gruncie rzeczy koniec ludzkości mało nas obchodzi, jest on jeszcze mniejszym dla nas zmartwieniem niż nasz koniec osobisty, o którym myślimy zaledwie kilka razy w ciągu swojego życia.
            Odnosząc się do naszego głębokiego dorobku humanistycznego można perfidnie przedstawić go jako kolejny przejaw zezwierzęcenia. I, w istocie, nie ważne czy jemy surowe mięso świeżo upolowanego bawołu, czy studiujemy księgi filozofów, czy   może osadzeni w wirtualnych wytworach Internetu zapominamy o innych ludziach, przecież ciągle nasze działania są zaledwie odmianą zezwierzęcenia. Czy przecież jest kolejny dowód naukowy, wynalazek techniczny, powieść itd. jak nie kolejnym plastrem miodu, mrowiskiem czy tunelem w kopcu termitów? 

Śuniata



   W zasadzie obraz mówi sam za siebie, przynajmniej dla mnie i dlatego wciąż zajmuje mi cały pulpit. Za każdym razem jak włączam komputer zastanawiam się, czy trzymam na nim tych panów dlatego, że ich nastrój koresponduje z moim, czy też trzymając ich tam pozwalam się wciągać ich nastrojeniu. Ów namysł trwa około dwudziestu sekund, później mam czas na seriale.

wtorek, 30 marca 2010

Przed wyjazdem do domu, historii z tramwaju odcinek pierwszy.

- …to będziesz w ciąży. Trzech chłopaków weszło do tramwaju, przeszli obok mnie i stanęli na końcu wagonu. Z wyglądu powiedziałbym, że jeden z nich miał białe sportowe buty.
- Fajna jest z wyglądu i z charakteru.
- Zakochany jesteś.
-…nie, bo…
- Zbajeruj ją.
- Nie będę jej bajerował, laski takich nie lubią. Wolę jak sprawa jest jasna: tak albo nie.
- A jak tamten pierwszy się załapie? Szczwany lis z niego!
- Ustawiłem się z nią a ona mnie wystawiła.
- Olałeś mnie wtedy. Pić mieliśmy.
- Sorry, ale wolałem z nią spędzić czas. Czekałem z godzinę. Wcześniej dzwonie i pytam się, czy jesteśmy razem, ona, że tak. Tydzień później mówi mi, że musi się zastanowić.
- Nie będę za laską biegał, lubię ją, bo lubię, ale bez przesady.
            Wyszli na tym samym przystanku, co ja. Mieli około po osiemnaście lat i na zewnątrz wyglądali zupełnie obco a mimo to w ich rozmowie było coś, co spowodowało, że stali się mi lepsi od wszystkich innych w tamtej chwili w wagonie tramwajowym czy później na ulicy. Nie lepsi w ogóle, ale lepsi dla mojego świata. Chyba nawet w tamtym momencie byli dla mnie ludźmi.

Nigdy nie sądź po tytule.

  Opowiadanie jest jeszcze świeże, niedopracowane i nieprzemyślane. Umieszczam je tutaj tylko dlatego, że limit na Megawideo przerwał mi chwilowo oglądanie seriali a nie chce mi się ruszyć do biurka żeby pograć w LoD'a.



Because something is happening here. But you don’t know what it is.
Koszulka pierwsza.

Szedłem drogą wśród pól. Marzec dusił się w oparach mgły i błota zalegającego pomiędzy kałużami na drodze, podzielonego zwałami nadgniłej trawy na prostokąty ciągnące się po mojej lewej aż po horyzont, zaś z drugiej strony spadające po stoku doliny w szare zabudowania wioski. Słońce tylko niewyraźnie dawało znać o swoim istnieniu przebijając się poprzez chmury jako okrąg w kolorze słabej herbaty. Krajobraz nie odkrywał przede mną nic nadzwyczajnego, żadnej nieodpartej nostalgii, nic z ukrytego piękna.
            Zazwyczaj w takie dni chętnie siedziałem po drugiej stronie okien, nie mając przymusu wyjścia poza nie, nie czując potrzeby odkrywania ich zawartości, po prostu byłem tam gdzie mogłem być, gdzie moja obecność nie wymagała najmniejszego wysiłku. Dziś jednak trzeba być aktywnym, wyjść z domu i oglądać miejsca, dziś już nic do mnie nie należało, więc szedłem błotnistą drogą prowadzącą z cmentarza po wznoszącym się grzbiecie doliny.
            Właściwie nie wiem, co jej strzeliło do głowy, aby umawiać się ze mną na takim odludziu. Tak jakby nasze spotkanie było jakąś niezwykłą tajemnicą. A przecież każdy chętny wiedział, co się dzieje, każdy we wsi. Reszta znajomych, jeśli popyta, także może się zorientować. I nawet nie o to mi chodziło, że nasz związek nie jest tajemnicą. Wiedziała przecież jak mało mnie obchodzi osąd ludzi, z którymi moje rozmowy ograniczają się do „Dzień dobry”. Ona sama miała lepszy kontakt z ludźmi, lecz przecież nikt jej nie wyrzucałby, że zadaje się ze mną. Nie było, więc dla niej problemem umówić się w miejscu do którego prowadzi trasa nie grożąca ugrzęźnięciem. Czego nie robi się jednak dla kobiet, szczególnie tak niezwykłych jak to ciemnowłose stworzenie w kierunku, którego teraz szedłem?
            Już z daleka rozpoznałem jej sylwetkę. Nikt oprócz niej nie ubierał się tak lekko w marcowy poranek, nawet moja kurtka wydawała mi się niewystarczająca, ta natomiast siedziała swobodnie w zwiewnej sukience na masce przeszło dwudziestoletniego BMW i paląc papierosa czekała na mnie. Gdy podszedłem do niej bliżej zauważyłem, że fragment twarzy zakrywa jej dziwaczna maska, chyba z utwardzonego pergaminu. Pomyślałem, że to jeszcze jedna z cyklu jej groteskowych zachcianek, tak jak ten stary samochód służąca raczej do podkreślenia jej charakteru, coś na kształt olbrzymiego szalu, który nosiła prawie nieprzerwanie, ulubionej szminki: tego wszystkiego, co podkreślało jej osobę. Maski wcześniej nie widziałem i była chyba zbyt groteskowa jak na mój gust, jednak w połączeniu z jej twarzą stanowiła harmonijną całość. Chyba nie mógłbym wyobrazić sobie niczego, co źle na niej wyglądałoby.
Zaczekałem aż skończy palić i wsiedliśmy do samochodu. Siadła za kierownicą, a ja niemalże mechanicznie położyłem jej dłoń na szyi pochyliłem się w jej stronę i zacząłem ją całować, rzecz została mi odwzajemniona i trwała… Czas był dyskretny: dzielił się na niezliczone części a każda z nich zaznaczała swoją obecność. Czułem każdą sekundę tego trwania, każda mi się podobała i nawet teraz mógłbym je wyliczyć. Później było lepiej, dużo lepiej, a jeszcze później było już po zmroku.
             Następnego dnia wyjeżdżałem do jednego miasta a ona do drugiego. Każde z nas musiało się jeszcze spakować, więc rozeszliśmy się do swoich mieszkań, rozstawiając się bez specjalnych wzruszeń, bez niepokoju o jedno w czasie rozłąki z drugim. Mogłoby to wydawać się czymś dziwnym, przynajmniej dla mnie, gdybym nie znał jej, nie znał tego miejsca. Po prostu zawsze wracaliśmy tu tacy, jacy byliśmy w trakcie wyjazdu. Nieważne, jakie zmiany przeszliśmy gdzie indziej, liczyło się tylko to, co robiliśmy tutaj. To było jedyne prawdziwe miejsce. 

wtorek, 16 marca 2010

Mamy mity o początku i mity o końcu, czego Pan oczekuje?



O bramini, wypowiedzcie się, abym mógł wystąpić przeciw złemu wężowi Takśakowi, który zabił mojego ojca. Czy znacie rytuał, dzięki któremu mógłbym wrzucić węża Takśaka i jego krewnych do płonącego Ognia? Ponieważ spalił on mojego ojca w Ogniu swego jadu, chcę spalić tego zbrodniczego węża w Ogniu Ofiarnym.
(Mahabharata, 1(5) Astika, 47.1, 5)

Co racja to racja...