piątek, 17 grudnia 2010

Szmira część 2 albo Smells Like Smerf's Spiryt czyli kogo obchodzą czytelnicy i ich zdrowie psychiczne.


Hasłem przewodnim na dziś jest: Ludzie, czytajcie kiepskie teksty!


    Ach, jak on gnał, jak pędził! Gdybyś czytelniku stał wtedy w tamtym parku czy przed marketem i miał w polu widzenia szlachetnego Ryśka... Nie, nie otwarłbyś ust ze zdziwienia, nie zakrzyknąłbyś: „Któż to tak pędzi?!”. Rysiek bowiem pędził pędem na tyle zwielokrotnionym przez swą prędkość, że powiedzmy sobie szczerze drogi czytelniku, nic byś nie zobaczył. Co najdziwniejsze, ów nieszczęsny, który targnął się na dobre samopoczucie Ryszarda uniknął ostrza dziadkowej szabli. Kiedy klinga ciągnąca za sobą ciało naszego, z całą pewnością głównego, bohatera uderzała w miejsce pobytu klatki piersiowej tajemniczego asasyna wtenczas, miast w ciało, zagłębiła się w kolejną warstwę powietrza. Prawdą bowiem było, że wraz wraz ze zmianą wektora lotu naszego bohatera nastąpiło zjawisko zapadnięcia się w sobie i zaniku tajemniczego jegomościa. O, szlachetne zdumienie, szlachetny poślizg i jakże szlachetne turlanie się po trawie naszego można było zaobserwować w tego parku okolicznościach. Te wszystkie trzy elementy z pewnością uczyniły naszego bohatera legendarnym.
  Ryszard wstał i z zajmującą godnością otrzepał się ze wszelkich zbytecznych akcydensów zaś autor uznawszy, że nadmiar wrażeń mógłby pozbawić życia, mienia a już na pewno przytomności pozwolił aby miasto na które im obu się spadło było historycznie polskim miastem – miejscem pracy, nauki i tymczasowego zamieszkania pana Ryśka. Miasto było tak polskie jak to tylko można sobie wyobrazić - wprost do szpiku kości przesiąknięte polskością. Rysiek, chociaż nie było to jego rodzinny gród, żyjąc tu od samej lokacji, wspaniale wpisywał się w jego panoramę.
    Zapytacie: „Ha! Jeśli Ryszard jest tak długowieczny to jakim cudem jego dziadek mógł władać szablą a nie mieczem, maczugą, toporem?” Pytanie to, zrazu mogące wydawać się trafnym w istocie objawia waszą nieuważną lekturę. Któż bowiem napisał, że szabla była JEGO, znaczy się Ryśka dziadka? Na pewno nie zrobił tego autor! Jeśli ktoś ci tak powiedział, drogi czytelniku, to przy następnym spotkaniu zaśmiej mu się w twarz. Dziadek bowiem, poprzedni pan i właściciel tej szlachetnej broni, jest tworem na tyle anonimowym, że domniemywać jego istnienie można jedynie na podstawie dwóch poszlak: samej szabli oraz jego wnuka, do niedawna Ryśka kolegi. Człek ten, zwany Pietruszką, przegrał w karty kto wie czy nie więcej niż cały swój miesięczny urobek. A chcąc jak najdłużej kontynuować złą passę (prawdziwie bowiem ludzie mówią o hazardzistach, że ci nie pragną zwycięstw lecz przegranych) poszedł do lombardu z szablą pod pachą i zamiarem zastawienia w lombardzie tej rodzinnej pamiątki. Wywiedziawszy od się jak stoją sprawy Rysiek zgarnął z ulicy Pietruszkę. Jako człowiek honorowy, pietyzmem toczący historię uświadczony był w przekonaniu, że takiej rzeczy czynić się nie godzi. Zaproponował więc swojemu druhowi pożyczkę samemu odmawiając przyjęcia szabli jako zastawu. Pietruszka ze wzruszeniem, drżącymi dłońmi przyjmował pieniądze aby przegrać je w przeciągu kilku następnych godzin. Rysiek jako człowiek światowy wiedział, że pożyczonej kwoty raczej nie odzyska lecz mając Mamonę w niskim poważaniu nie przejmował się tym i żył jak zwykle, tzn. na kredyt. Co do Pietruchy, miesiąc później znaleziono go na bruku, pobitego przez wierzycieli i martwego z przepicia. Rysiek składając się wraz z kilkoma przyjaciółmi nieboszczyka sprawił koledze i wystawną trumnę i granitową płytę. A kiedy odczytano testament, Ryszard zauważył, że ów nieszczęsny hazardzista zapisał mu w spadku rzeczoną szable.
...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz