wtorek, 30 marca 2010

Przed wyjazdem do domu, historii z tramwaju odcinek pierwszy.

- …to będziesz w ciąży. Trzech chłopaków weszło do tramwaju, przeszli obok mnie i stanęli na końcu wagonu. Z wyglądu powiedziałbym, że jeden z nich miał białe sportowe buty.
- Fajna jest z wyglądu i z charakteru.
- Zakochany jesteś.
-…nie, bo…
- Zbajeruj ją.
- Nie będę jej bajerował, laski takich nie lubią. Wolę jak sprawa jest jasna: tak albo nie.
- A jak tamten pierwszy się załapie? Szczwany lis z niego!
- Ustawiłem się z nią a ona mnie wystawiła.
- Olałeś mnie wtedy. Pić mieliśmy.
- Sorry, ale wolałem z nią spędzić czas. Czekałem z godzinę. Wcześniej dzwonie i pytam się, czy jesteśmy razem, ona, że tak. Tydzień później mówi mi, że musi się zastanowić.
- Nie będę za laską biegał, lubię ją, bo lubię, ale bez przesady.
            Wyszli na tym samym przystanku, co ja. Mieli około po osiemnaście lat i na zewnątrz wyglądali zupełnie obco a mimo to w ich rozmowie było coś, co spowodowało, że stali się mi lepsi od wszystkich innych w tamtej chwili w wagonie tramwajowym czy później na ulicy. Nie lepsi w ogóle, ale lepsi dla mojego świata. Chyba nawet w tamtym momencie byli dla mnie ludźmi.

Nigdy nie sądź po tytule.

  Opowiadanie jest jeszcze świeże, niedopracowane i nieprzemyślane. Umieszczam je tutaj tylko dlatego, że limit na Megawideo przerwał mi chwilowo oglądanie seriali a nie chce mi się ruszyć do biurka żeby pograć w LoD'a.



Because something is happening here. But you don’t know what it is.
Koszulka pierwsza.

Szedłem drogą wśród pól. Marzec dusił się w oparach mgły i błota zalegającego pomiędzy kałużami na drodze, podzielonego zwałami nadgniłej trawy na prostokąty ciągnące się po mojej lewej aż po horyzont, zaś z drugiej strony spadające po stoku doliny w szare zabudowania wioski. Słońce tylko niewyraźnie dawało znać o swoim istnieniu przebijając się poprzez chmury jako okrąg w kolorze słabej herbaty. Krajobraz nie odkrywał przede mną nic nadzwyczajnego, żadnej nieodpartej nostalgii, nic z ukrytego piękna.
            Zazwyczaj w takie dni chętnie siedziałem po drugiej stronie okien, nie mając przymusu wyjścia poza nie, nie czując potrzeby odkrywania ich zawartości, po prostu byłem tam gdzie mogłem być, gdzie moja obecność nie wymagała najmniejszego wysiłku. Dziś jednak trzeba być aktywnym, wyjść z domu i oglądać miejsca, dziś już nic do mnie nie należało, więc szedłem błotnistą drogą prowadzącą z cmentarza po wznoszącym się grzbiecie doliny.
            Właściwie nie wiem, co jej strzeliło do głowy, aby umawiać się ze mną na takim odludziu. Tak jakby nasze spotkanie było jakąś niezwykłą tajemnicą. A przecież każdy chętny wiedział, co się dzieje, każdy we wsi. Reszta znajomych, jeśli popyta, także może się zorientować. I nawet nie o to mi chodziło, że nasz związek nie jest tajemnicą. Wiedziała przecież jak mało mnie obchodzi osąd ludzi, z którymi moje rozmowy ograniczają się do „Dzień dobry”. Ona sama miała lepszy kontakt z ludźmi, lecz przecież nikt jej nie wyrzucałby, że zadaje się ze mną. Nie było, więc dla niej problemem umówić się w miejscu do którego prowadzi trasa nie grożąca ugrzęźnięciem. Czego nie robi się jednak dla kobiet, szczególnie tak niezwykłych jak to ciemnowłose stworzenie w kierunku, którego teraz szedłem?
            Już z daleka rozpoznałem jej sylwetkę. Nikt oprócz niej nie ubierał się tak lekko w marcowy poranek, nawet moja kurtka wydawała mi się niewystarczająca, ta natomiast siedziała swobodnie w zwiewnej sukience na masce przeszło dwudziestoletniego BMW i paląc papierosa czekała na mnie. Gdy podszedłem do niej bliżej zauważyłem, że fragment twarzy zakrywa jej dziwaczna maska, chyba z utwardzonego pergaminu. Pomyślałem, że to jeszcze jedna z cyklu jej groteskowych zachcianek, tak jak ten stary samochód służąca raczej do podkreślenia jej charakteru, coś na kształt olbrzymiego szalu, który nosiła prawie nieprzerwanie, ulubionej szminki: tego wszystkiego, co podkreślało jej osobę. Maski wcześniej nie widziałem i była chyba zbyt groteskowa jak na mój gust, jednak w połączeniu z jej twarzą stanowiła harmonijną całość. Chyba nie mógłbym wyobrazić sobie niczego, co źle na niej wyglądałoby.
Zaczekałem aż skończy palić i wsiedliśmy do samochodu. Siadła za kierownicą, a ja niemalże mechanicznie położyłem jej dłoń na szyi pochyliłem się w jej stronę i zacząłem ją całować, rzecz została mi odwzajemniona i trwała… Czas był dyskretny: dzielił się na niezliczone części a każda z nich zaznaczała swoją obecność. Czułem każdą sekundę tego trwania, każda mi się podobała i nawet teraz mógłbym je wyliczyć. Później było lepiej, dużo lepiej, a jeszcze później było już po zmroku.
             Następnego dnia wyjeżdżałem do jednego miasta a ona do drugiego. Każde z nas musiało się jeszcze spakować, więc rozeszliśmy się do swoich mieszkań, rozstawiając się bez specjalnych wzruszeń, bez niepokoju o jedno w czasie rozłąki z drugim. Mogłoby to wydawać się czymś dziwnym, przynajmniej dla mnie, gdybym nie znał jej, nie znał tego miejsca. Po prostu zawsze wracaliśmy tu tacy, jacy byliśmy w trakcie wyjazdu. Nieważne, jakie zmiany przeszliśmy gdzie indziej, liczyło się tylko to, co robiliśmy tutaj. To było jedyne prawdziwe miejsce. 

wtorek, 16 marca 2010

Mamy mity o początku i mity o końcu, czego Pan oczekuje?



O bramini, wypowiedzcie się, abym mógł wystąpić przeciw złemu wężowi Takśakowi, który zabił mojego ojca. Czy znacie rytuał, dzięki któremu mógłbym wrzucić węża Takśaka i jego krewnych do płonącego Ognia? Ponieważ spalił on mojego ojca w Ogniu swego jadu, chcę spalić tego zbrodniczego węża w Ogniu Ofiarnym.
(Mahabharata, 1(5) Astika, 47.1, 5)

Co racja to racja...


niedziela, 7 marca 2010

Eksplozjonalistyczny podryw.

 Tak dla zrównoważenia poprzedniego wpisu...

"Kiedy szedł z nią o zmroku szosą do Czimic, zdjął na jej cześć krawat, przywiązał go starannie do gałęzi jabłoni, potem szybko obwiązał sobie drugi koniec wokół szyi i wisiał tak przez chwilę, podczas gdy dziewczyna w ciemnościach uciekała do domu. Następnego dnia Vladimir wrócił do tego Lasku Czimickiego ze swoim fotografem, krawat wciąż jeszcze wisiał na gałęzi, i Vladimir zrekonstruował to wyznanie miłosne, a fotograf zrobił mu zdjęcie z wywalonym na wierzch językiem. Siedziałem w domu, w szlafroku i bamboszach, i gdy Vladimir opowiedział mi tę historię i pokazał fotografię, kręciłem głową, nie chciałem słuchać (...) o wieszaniu na krawacie. Vladimir powiedział: A co miałem robić, skoro chciałem sprawić dziewczynie przyjemność. Niech i ona ma coś z życia, prawda?"

Hrabal B., Czuły Barbarzyńca, Izabelin, 1997, s. 73.

Bukowski o Camus.

  Rzecz wklejam mimochodem, spodobała mi się... 


"Camus pisał o udręce i panicznym strachu oraz o żałosnej kondycji ludzkiej człowieka, ale czynił to w tak gładki i kwiecisty sposób... w swoim języku... że miało się uczucie, iż aktualna sytuacja ani nie wpływała na niego, ani na jego twórczość. Innymi słowy, on sam mógłby być w znakomitej sytuacji. Camus pisał jak człowiek, który sam właśnie zjadł obfity obiad złożony ze steku, frytek i sałatki, i doprawił go butelką znakomitego francuskiego wina. Ludzkość mogła cierpieć, ale nie on. Może i był mądrym człowiekiem, lecz Henry wolał kogoś, kto krzyczy jak się sparzy."

 Dodając ludzki przypis informuję, że ów kawałek znajduje się w pozycji zatytułowanej Kłopoty to męska specjalność, jest wiadomego autorstwa a jak komuś nie chce się czytać całej książki z Noir Sur Blanc, to mam dobrą wiadomość: nie musi, fragment jest już na osiemnastej stronie.