Opowiadanie jest jeszcze świeże, niedopracowane i nieprzemyślane. Umieszczam je tutaj tylko dlatego, że limit na Megawideo przerwał mi chwilowo oglądanie seriali a nie chce mi się ruszyć do biurka żeby pograć w LoD'a.
Because something is happening here. But you don’t know what it is.
Koszulka pierwsza.
Szedłem drogą wśród pól. Marzec dusił się w oparach mgły i błota zalegającego pomiędzy kałużami na drodze, podzielonego zwałami nadgniłej trawy na prostokąty ciągnące się po mojej lewej aż po horyzont, zaś z drugiej strony spadające po stoku doliny w szare zabudowania wioski. Słońce tylko niewyraźnie dawało znać o swoim istnieniu przebijając się poprzez chmury jako okrąg w kolorze słabej herbaty. Krajobraz nie odkrywał przede mną nic nadzwyczajnego, żadnej nieodpartej nostalgii, nic z ukrytego piękna.
Zazwyczaj w takie dni chętnie siedziałem po drugiej stronie okien, nie mając przymusu wyjścia poza nie, nie czując potrzeby odkrywania ich zawartości, po prostu byłem tam gdzie mogłem być, gdzie moja obecność nie wymagała najmniejszego wysiłku. Dziś jednak trzeba być aktywnym, wyjść z domu i oglądać miejsca, dziś już nic do mnie nie należało, więc szedłem błotnistą drogą prowadzącą z cmentarza po wznoszącym się grzbiecie doliny.
Właściwie nie wiem, co jej strzeliło do głowy, aby umawiać się ze mną na takim odludziu. Tak jakby nasze spotkanie było jakąś niezwykłą tajemnicą. A przecież każdy chętny wiedział, co się dzieje, każdy we wsi. Reszta znajomych, jeśli popyta, także może się zorientować. I nawet nie o to mi chodziło, że nasz związek nie jest tajemnicą. Wiedziała przecież jak mało mnie obchodzi osąd ludzi, z którymi moje rozmowy ograniczają się do „Dzień dobry”. Ona sama miała lepszy kontakt z ludźmi, lecz przecież nikt jej nie wyrzucałby, że zadaje się ze mną. Nie było, więc dla niej problemem umówić się w miejscu do którego prowadzi trasa nie grożąca ugrzęźnięciem. Czego nie robi się jednak dla kobiet, szczególnie tak niezwykłych jak to ciemnowłose stworzenie w kierunku, którego teraz szedłem?
Już z daleka rozpoznałem jej sylwetkę. Nikt oprócz niej nie ubierał się tak lekko w marcowy poranek, nawet moja kurtka wydawała mi się niewystarczająca, ta natomiast siedziała swobodnie w zwiewnej sukience na masce przeszło dwudziestoletniego BMW i paląc papierosa czekała na mnie. Gdy podszedłem do niej bliżej zauważyłem, że fragment twarzy zakrywa jej dziwaczna maska, chyba z utwardzonego pergaminu. Pomyślałem, że to jeszcze jedna z cyklu jej groteskowych zachcianek, tak jak ten stary samochód służąca raczej do podkreślenia jej charakteru, coś na kształt olbrzymiego szalu, który nosiła prawie nieprzerwanie, ulubionej szminki: tego wszystkiego, co podkreślało jej osobę. Maski wcześniej nie widziałem i była chyba zbyt groteskowa jak na mój gust, jednak w połączeniu z jej twarzą stanowiła harmonijną całość. Chyba nie mógłbym wyobrazić sobie niczego, co źle na niej wyglądałoby.
Zaczekałem aż skończy palić i wsiedliśmy do samochodu. Siadła za kierownicą, a ja niemalże mechanicznie położyłem jej dłoń na szyi pochyliłem się w jej stronę i zacząłem ją całować, rzecz została mi odwzajemniona i trwała… Czas był dyskretny: dzielił się na niezliczone części a każda z nich zaznaczała swoją obecność. Czułem każdą sekundę tego trwania, każda mi się podobała i nawet teraz mógłbym je wyliczyć. Później było lepiej, dużo lepiej, a jeszcze później było już po zmroku.
Następnego dnia wyjeżdżałem do jednego miasta a ona do drugiego. Każde z nas musiało się jeszcze spakować, więc rozeszliśmy się do swoich mieszkań, rozstawiając się bez specjalnych wzruszeń, bez niepokoju o jedno w czasie rozłąki z drugim. Mogłoby to wydawać się czymś dziwnym, przynajmniej dla mnie, gdybym nie znał jej, nie znał tego miejsca. Po prostu zawsze wracaliśmy tu tacy, jacy byliśmy w trakcie wyjazdu. Nieważne, jakie zmiany przeszliśmy gdzie indziej, liczyło się tylko to, co robiliśmy tutaj. To było jedyne prawdziwe miejsce.