środa, 14 października 2009
Pan Borges; zawsze miałem ochotę wkleić cytat o krowie...
Niestety nie będzie to krowa scholastyków ani niejakiego Berkeleya, ani krowa jako taka; przedstawiam konkretne indywidułum z trzeciego świata pana Popera, krowa konkretna i metafizyczna:
"Na szczycie wzgórza zwykle stoi krowa z miną głupkowatego kaznodziei. Stoi sobie spokojnie i żuje. Żuchwy są w ciągłym ruchu. (...) Krowa sapie przy tym i po krowiemu wzdycha, odnosi się wrażenie, że jej westchnienie odnosi się do tych, którzy biegną tam w dole, że żali się na swój los."
Podróże Beniamina III, M.M. Sforim, [w:] Literatura na świecie, nr 12 (161), s. 48.
"Na szczycie wzgórza zwykle stoi krowa z miną głupkowatego kaznodziei. Stoi sobie spokojnie i żuje. Żuchwy są w ciągłym ruchu. (...) Krowa sapie przy tym i po krowiemu wzdycha, odnosi się wrażenie, że jej westchnienie odnosi się do tych, którzy biegną tam w dole, że żali się na swój los."
Podróże Beniamina III, M.M. Sforim, [w:] Literatura na świecie, nr 12 (161), s. 48.
wtorek, 13 października 2009
Pan Borges; kolekcjoner cytatów, Pan Belbo i niejaki kukiełka.
W życiu każdego niewydarzonego grafomana następuje taka chwila, w której alkohol przejmuje władzę nad czynami; dany osobnik zostawia za drzwiami poczucie dobrego smaku i kierując się irracjonalnie nieodpartą ambicją udowodnienia sobie kilku rzeczy popełnia różne teksty, publikuje je, a później ma kaca. Jeszcze gorszy efekt dają złe teksty poprzedzone dobrym cytatem; dzisiejszy dualizm staje się juto nieznośną dychotomią, której kontrast udowadnia marnemu nitotekściarzowi wielkie blee dnia jutrzejszego…
no to cytat:
"...tam na nadbrzeżu, gdzie za plecami miałem góry, niczym trzymane w dłoni grudki karbidu, które zaraz wysypię do lampy, a lampa zapłonie; możliwa, tak, poezja wydawała mi się w tamtej chwili możliwa, jak przygoda w stylu Marca Polo, za mną nie było niczego poza karbidowym masywem, już nie miałem gdzie się cofnąć, została mi przygoda, moja nitopoezja..."
Otto Tolnai, Nitopoezja, nitoryba, nitowyspa, Literatura na świecie, nr 5-6/2009, s. 99.
no to nitopezja:
Marsz nocą letnią
trzy stadia marszu
wyróżniłem tego lata
tym pierwszym był mój
marsz uliczny, domowy
z domu w dom nocą
drugi marsz także
namacalny ogień lampy
iskrząc się ćmami
w górę i w dół
inwentycznie oscylował
marszem śmiałych samobójców
trzeci marsz kędy rów
przebiegał kot (martwy już)
tylko w jedną stronę
I tak mi się oba marsze
spodobały swym dysonansem
przystanąłem i na podobieństwo
trwałego postoju kota
zatrzymałem się w czasie
urzeczony iskrami inwentycznej
lampy zapaliłem peta
Ścierwo i płomień lampy
Chciałem zachować dla
peta dymem schować
zapaliłem zapałkę
i miałem już przypalać
i lampa zgasła
poniedziałek, 12 października 2009
Opowiadanie; część pierwsza.
Żaden pomysł
I nagle znalazłem się w piekle. Właściwie to nic nadzwyczajnego, nie było to piekło przez duże „P”, takie, o jakim onego czasu ksiądz rozpowiadał nam na katechezie. Nie zaznałem tu ognia, rożna ani gorącego oleju i właściwie czułem się trochę zawiedziony. Nie tyle byłem przygotowany na to wszystko, raczej się z informacjami od księdza Zygmunta nie liczyłem – jednakże jakieś przypiekanie wydawało mi się uzasadnione. W końcu miejsce dla morderców, niewiernych, heretyków, samobójców i wszelkiego rodzaju grzeszników musiało przepełniać grozą nowo przybyłych. Z takim przeświadczeniem zstąpiłem do tego podziemnego świata gdzie zaraz na wejściu… kazano mi stanąć w kolejce.
Było piekielnie nudno: pani przede mną – także samobójstwo, pan za mną – też ateista. Dalej widać było łańcuch wiernych niepoprawnych wyznań; ludzi, którzy ( o ile się na początku wywiedziałem) żadnego nadzwyczaj złego czynu nie popełnili poza, być może (he he) wyznaniem. Wszyscyśmy byli strasznie spłoszeni. Oczywiście, jeśli nie liczyć pani Magdy – emerytki, która z energią, jaką nie dane było jej zaznać przez ostatnie trzydzieści lat życia, domagała się, ze względu na wiek, pierwszeństwa w kolejce.
- Wystarczająco się naczekałam za życia. Stwierdziła i zaczęła przepychać się do przodu.
- Pani Szanowna za życia też była taka niecierpliwa? Zapytał Pan Jurek siedzący obok wolnomyśliciel.
- Wy młodzi sobie za długo nie poczekaliście za życia, to teraz już możecie. No i poszła.
Chwilę później, która równie dobrze mogła trwać rok, panią Magdę – emerytkę, na jej miejsce siedzące, odprowadziło dwóch, jakkolwiek znudzonych, jednakże niezwykle wiarygodnie wyglądających panów.
- Powiedzieli mi, że nie ja pierwsza chciałam…, minęłam tylko kilkaset osób i stanęli przede mną…; powiedzieli, że to przez takich jak ja, muszą robić za wolontariuszy… Narzekała zdruzgotana pani Magda – emerytka.
(ciąg dalszy nastąpi... chyba)
I nagle znalazłem się w piekle. Właściwie to nic nadzwyczajnego, nie było to piekło przez duże „P”, takie, o jakim onego czasu ksiądz rozpowiadał nam na katechezie. Nie zaznałem tu ognia, rożna ani gorącego oleju i właściwie czułem się trochę zawiedziony. Nie tyle byłem przygotowany na to wszystko, raczej się z informacjami od księdza Zygmunta nie liczyłem – jednakże jakieś przypiekanie wydawało mi się uzasadnione. W końcu miejsce dla morderców, niewiernych, heretyków, samobójców i wszelkiego rodzaju grzeszników musiało przepełniać grozą nowo przybyłych. Z takim przeświadczeniem zstąpiłem do tego podziemnego świata gdzie zaraz na wejściu… kazano mi stanąć w kolejce.
Było piekielnie nudno: pani przede mną – także samobójstwo, pan za mną – też ateista. Dalej widać było łańcuch wiernych niepoprawnych wyznań; ludzi, którzy ( o ile się na początku wywiedziałem) żadnego nadzwyczaj złego czynu nie popełnili poza, być może (he he) wyznaniem. Wszyscyśmy byli strasznie spłoszeni. Oczywiście, jeśli nie liczyć pani Magdy – emerytki, która z energią, jaką nie dane było jej zaznać przez ostatnie trzydzieści lat życia, domagała się, ze względu na wiek, pierwszeństwa w kolejce.
- Wystarczająco się naczekałam za życia. Stwierdziła i zaczęła przepychać się do przodu.
- Pani Szanowna za życia też była taka niecierpliwa? Zapytał Pan Jurek siedzący obok wolnomyśliciel.
- Wy młodzi sobie za długo nie poczekaliście za życia, to teraz już możecie. No i poszła.
Chwilę później, która równie dobrze mogła trwać rok, panią Magdę – emerytkę, na jej miejsce siedzące, odprowadziło dwóch, jakkolwiek znudzonych, jednakże niezwykle wiarygodnie wyglądających panów.
- Powiedzieli mi, że nie ja pierwsza chciałam…, minęłam tylko kilkaset osób i stanęli przede mną…; powiedzieli, że to przez takich jak ja, muszą robić za wolontariuszy… Narzekała zdruzgotana pani Magda – emerytka.
(ciąg dalszy nastąpi... chyba)
nullum crimen sine lege
Mimo wszystko czuję się jak zbrodniarz prowadząc ten niegodny blog. Ciągłe zaniedbania i ogólne niechciejstwo narzucają mu częstotliwość nowych postów nie częstszą niż raz na kwartał. Koniec końców należałoby tłumaczyć się ignorancją także w tych dziedzinach, które obejmują blogowanie. Z drugiej strony popęd do publikowania własnych myśli każe mi, na przekór ostrzeżeniom Jocoba Belbo, odgrywać ciągle rolę niechlujnego demiurga.
Obiecuję, niedługo przyjdzie czas na zamieszczenie tu pierwszego opowiadania. Wtedy Pan Belbo wkroczy do akcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)