poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Każdy staje się jednakowo banalny.


Na dobry początek Głupota tak jak ją widzi Cesare Ripa.


       Piszę, bo tego wymaga organizm: kolano coraz gorzej funkcjonuje, gdy nie piszę. Co jednak robić, jakie działania podjąć, aby warte były spisania? Na pewno ważne i wielkie, wybuchowe też z pewnością. Problem w tym, że łatwo planować na wyrost, na kiedyś a trochę trudniej zorientować się, co w tej chwili zrobić wartego opisania. Ponieważ przeszłość oferuje jedynie zlepek przypadków nieciekawych i zniechęcających a przyszłość jest niemożliwa do skonstruowania czy nie lepiej odpuścić sobie wszelakie zabiegi deskryptywne i zacząć inną działalność, malować może? Mógłbym, gdybym miał talent. Chyba powoli uświadamiam sobie jak wiele jest rzeczy do robienia, których zupełnie się nie nadaję. Prawdopodobnie starzenie się polega właśnie na stopniowym orientowaniu się we własnej pośledniości. I tak, wraz z postępującymi latami, staramy się zakryć nasze niedomagania pod narzutą z doświadczenia życiowego. Arogancja dla zatajenia ignorancji – piękny dualizm!

piątek, 23 kwietnia 2010

O tym co ukryte.


Pamiętam jak na jednym z barowych spotkań stałem się obiektem żartów jednej, skądinąd wcale nie złośliwej znajomej, a komiczność mojej osoby miała polegać na absurdalnym doborze tematu pracy zaliczeniowej na kurs Współczesne problemy etyczności. Otóż, gdy inni omawiali zawiłości związane z zagadnieniami aborcji czy eutanazji, mnie oba te problemy nie dotyczyły (wiek i status singla) a rozważanie ich depresyjnego charakteru miałem z szczególną formę filozoficznego masochizmu, więc zdecydowałem poświęcić zagadnieniu tkwiącemu na granicy filozofii i religioznawstwa tekst zatytułowany Dylemat etyczny: dobrze czy źle jest być wilkołakiem?  Rzecz ta miała traktować o podłożach takiej a nie innej waloryzacji istot zajmujących potężną dziedzinę w naszej kulturze masowej, więc nie była do końca taką wyciągniętą z kosmosu absurdalnością. Wydaję mi się, że problem leżał tu raczej nie po mojej stronie, co wynikał raczej z prowincjonalnej postaci naszego poglądu na dziedzinę dociekań akademickich a już w szczególności filozoficznych. Ciekawe ile jeszcze lat musi upłynąć zanim szacowne gremia uświadomią sobie, że kultura masowa to nie kałuża, którą można zignorować no, ostatecznie z niewielkim trudem ominąć, ale ocean, w którym umiejętność pływania jest niezbędna do jego całościowego oglądu. I co jest najzabawniejsze, to właściwie można powiedzieć, że wszyscy w nim pływamy, co poniektórzy jednak robią to ukradkiem...
Tak jak poniżej:

Sądzę, jednak, że objawienia doznałem między końcem roku 1961 a początkiem 1962. Zostałem wówczas zaproszony na konferencję poświęconą zagadnieniu "demitologizacja a obraz", zorganizowaną przez Enrica Castellego z Instituto di Studi Filosofici w Rzymie, i niepokoiłem się, ponieważ mieli w niej wziąć udział słynni znawcy problematyki mitu, tacy jak Kerényi, znawcy hermeneutyki filozoficznej, tacy jak Ricoeur, teologowie protestanccy, religioznawcy, jezuici i dominikanie, filozofowie wszelkiej maści. Co miałem powiedzieć? Byłem przekonany, że problem mitu i obrazu jest czymś, co charakteryzuje nie tylko epoki prymitywne i klasyczne. Mam w szafie dwieście lub trzysta egzemplarzy oryginalnych tomów z komiksami, zawierających kolorowe historyjki o Supermenie, i uważam, że w gruncie rzeczy jest to mit naszych czasów, który nie wyraża religii, lecz ideologię... No więc przyjeżdżam do Rzymu i zaczynam swoje wystąpienie od położenia na stole komiksów z Supermenem. I co się dzieje, wyrzucają mnie? Nie, proszę państwa: ginie mi połowa komiksów – czy to miałoby znaczyć, że ci mnisi w habitach z szerokimi rękawami udawali, że je przeglądają, a jednocześnie podkradali je sobie, jak gdyby nigdy nic?

Eco U., Apokaliptycy i Dostosowani, W-wa, 2010, ss. 15-16.

piątek, 16 kwietnia 2010

Niebezpieczne analogie.

,Jako pierwszy fragment podaję rzecz już na początku uderzającą czytelnika Szatańskich Wersetów, konfrontuję to z opisem stworów zwanych Oni cytowanym przez współczesny artykuł traktujący o opowieściach grozy w epoce Edo. Oba wydają mi się niezwykłe.

„Szatan tedy, skazany na dolę włóczęgi, bezdomnego wędrowca, choć z racji swej anielskiej natury posiada coś na kształt królestwa w wodnych pustkowiach lub w powietrzu, to jednak z pewnością częścią jego kary jest to, że nie ma nic stałego, żadnego miejsca, gdzie mógłby oprzeć stopę.”

Daniel Defoe, Historia Diabła, [a szczerze:] Salman Rushdie, Szatańskie Wersety, 1992, s. 4.


“Heaven and earth, mountains and rivers, trees and grasses, water and fire, stones and dirt, all sentient beings are yin-yang. The work of yang is called kami, and the work of yin is named oni…. Since all the bad and evil belong to yin, the souls of wicked people are called oni…. their [wicked] souls have nowhere to go and nobody worships them. So they linger in the air and cause various problems [to humans].”

Yamaoka Genrin, Hyakumonogatari hyõban, 1686, [konkretniej:] Tachikawa, 1993, ss. 13–14, [już zupełnie konkretnie:] Noriko T. Reider, The Emergence of Kaidan-shu, [w:] Asian Folklore Studies, Volume 60, 2001: ss. 79–99. Coś długi przypis, ale co zrobić – tak to znalazłem.

Niezręczność o zręczności.

   To taka właściwie zawiść z mojej strony, taka niechęć do tych, lepiej potrafią się zakręcić w życiu, nic więcej przez to co poniższe nie przemawia. Przecież wszystko nad czym nieudolnie staram się znęcać jest takie zwyczajne...


Cóż w dłoniach innego jak chęć ku posłudze,
wiele wszak świątyń stoi tu otworem.
Dla zręcznych dłoni sakramenty cudze,
ekstaz prywatnych stają się motorem.



wtorek, 13 kwietnia 2010

Z cyklu herezje prezentuję państwu myślenie nieortodoksyjne, niegramatyczne i nie poparte żadną racjonalnością.

Rzecz w tym, że każda teoria jest równie dobra jak wszystkie inne. Każda z nich jest jak droga ku tęczy: wszystkie oferują inny świat, żadna go nie dostarcza, żadna do tęczy nie dociera i żadna nie ujmuje prawdy, czyli w zasadzie tego, one wszystkie nam obiecują. Każda teoria wobec tego równie dobrze, lub też równie nędznie tłumaczy rzeczywistość. Przyczyną wzajemnego ich wypierania się jest raczej nie postęp w wiedzy, lecz zmiany w języku: wprowadzanie nowych słów, obrazów i dźwięków oraz ogólna dyfuzja znaczeń pomiędzy poszczególnymi językami narodowymi. Zmiany w dziedzinach nauk wynikają w swej warstwie tłumaczącej z owych nieustannie zmieniających się mediów językowych. Można powiedzieć, że pierwotne opowieści równie sprawnie i rzeczowo tłumaczyły rzeczywistość jak ich dzisiejsze naukowe korelaty. Tak jak i w owych opowieściach tak i w naukowych odmianach naszej teraźniejszości mamy nierozstrzygalne problemy moralne, nam transcendentne nas konstytucje, prakseologię ogólną, oraz całą sferę magii, która z nekromancji przechodzi w, czy to transplantologię, czy w fizykę teoretyczną. Wszystko zaś sklepia się tak jak i niegdyś więzami danej nam fabuły określającej to, co powinniśmy i to, co nie powinniśmy wiedzieć.
            Twierdzę, że od tysięcy lat nie tylko nie dokonała się żadna jakościowa zmiana w nas jako ludziach, co więcej, nie jesteśmy tworami jakościowo różnymi od zwierząt. Czy nasze osiągnięcia cywilizacyjne tak bardzo różnią się od konstrukcji stworzonych przez mrówki czy termity? Nie wydaje mi się. Podobnie jak u zwierząt, w naszym życiu dominuje zjawisko określane sygnaturą „gra”. Nie mam zamiaru naświetlać w tym miejscu ujęć, według których odgrywanie pewnych ról, przybieranie pewnych barw, póz staje się u zwierząt przejawem funkcjonowania doboru płciowego, czy też celem samym w sobie. Chociaż, że odnosi się to do zwierząt a więc i do ludzi, więc możemy sobie pozwolić także i na tą teorię-lustro i przeglądać się w niej do znudzenia, jednak wolałbym odnieść się do innego aspektu gry w naszym życiu. Nasze działania, słowa wypowiadane w ciągu całego życia przypominają zachowanie graczy w grze o zasadach nie do końca określonych, grze, w której każdy uczestniczy. I tak jak bezcelowe jest pytanie o sens gry, w której bierze się udział, tak i nie tylko trywialnym, ale i nawet zabawnym wydaje się pytanie o sens naszego życia. Możemy trzymać się tego ułamka niejasno nakreślonych nam zasad, wciągnąć się w tę grę, oszukiwać w niej; gdy pytamy o jej sens, sens życia także postępujemy według zasad tej gry, ponieważ zazwyczaj forma pytania z góry implikuje odpowiedź. Możemy narzucać sens grze, możemy udawać, że ma ona jakieś znaczenie, nikt nam nie zabroni takich działań… Co więcej, jakąż to satysfakcję osiągamy, jakaż nas przyjemność ogarnia gdy skończona konstrukcja naszej odpowiedzi jawi się przed nami i sprawia, że czując może nawet objawienie wydajemy się sobie mądrzejsi od innych. Cieszmy się takimi chwilami, ponieważ oznaczają one, że ugraliśmy właśnie coś dla siebie…
            Można, na koniec uznać, że nic znaczącego nie nastąpi do końca naszych dni, nie będzie żadnej zmiany w nas, żadnego wyjścia ponad poziom zwierzęcia. Koniec naszego rodzaju odbędzie się na podobieństwo końca tak wielu innych istnień żyjących na tej planecie: może nie zostaniemy wyparci przez inne zwierzęta, może raczej wyczerpiemy naszą niszę ekologiczną i z wieku na wiek będzie nas coraz mniej, nie wiem. Ważne jest to, że nie będzie żadnej Apokalipsy, niczego co ma nas wywyższać ponad inne istnienia. Tak wiele z nich przeminęło, o przeminięciu tak wielu nie mieliśmy pojęcia, podobnie nasze wymarcie nie odbije się zbyt wielkim echem w świecie. W gruncie rzeczy koniec ludzkości mało nas obchodzi, jest on jeszcze mniejszym dla nas zmartwieniem niż nasz koniec osobisty, o którym myślimy zaledwie kilka razy w ciągu swojego życia.
            Odnosząc się do naszego głębokiego dorobku humanistycznego można perfidnie przedstawić go jako kolejny przejaw zezwierzęcenia. I, w istocie, nie ważne czy jemy surowe mięso świeżo upolowanego bawołu, czy studiujemy księgi filozofów, czy   może osadzeni w wirtualnych wytworach Internetu zapominamy o innych ludziach, przecież ciągle nasze działania są zaledwie odmianą zezwierzęcenia. Czy przecież jest kolejny dowód naukowy, wynalazek techniczny, powieść itd. jak nie kolejnym plastrem miodu, mrowiskiem czy tunelem w kopcu termitów? 

Śuniata



   W zasadzie obraz mówi sam za siebie, przynajmniej dla mnie i dlatego wciąż zajmuje mi cały pulpit. Za każdym razem jak włączam komputer zastanawiam się, czy trzymam na nim tych panów dlatego, że ich nastrój koresponduje z moim, czy też trzymając ich tam pozwalam się wciągać ich nastrojeniu. Ów namysł trwa około dwudziestu sekund, później mam czas na seriale.