piątek, 5 grudnia 2014




 Głosy Pamano - Gabinet doktora Cambré


            W chłodnym pomieszczeniu podziemnej kostnicy stoi biały stół prosektoryjny. Na chłodnej powierzchni z metalu i gumy Jaume Cambré, naczelny patolog Katalonii analizuje dobro i zło. Wokół słychać szum wody biegnącej przez starą kanalizację – szum Pamano.
            Biała powierzchnia z gumy i metalu, którą tak naprawdę tworzą niegdysiejsze drzewa dokonuje idealnej, bo bezkrwawej autopsji. Miast serca, nerek, jelit czy wątroby są tu wycinane, ważone i badane dusze Oriola Fontelles, Valentíego Targa, Elisendy Vilabrú, Tiny Bros i wielu innych.
            To czas, który niektórzy nazywają trwaniem a inni kalendarzem, jest skalpelem, jedynym możliwym narzędziem zdolnym przeciąć pamięć. To metafora, którą niektórzy nazywają poznaniem a inni czymś podobnym spoliczkowaniu, jest jedyną możliwą wagą dla wyborów woli. Obu tych narzędzi Cambré sprawnie i często używa. 
            Czegóż można dowiedzieć się z takiej sekcji? Przede wszystkim poznajemy zło. Nie objawia się ono pod postacią pełnokrwistego szatana ani bezmyślnego urzędnika, który sprowadziwszy petentów do abstrakcyjnych jednostek miary i wagi wysyła tysiące na śmierć. Zło nie jest tu banalne ani demoniczne lecz udomowione. Ma postać zawistnego sąsiada, który wykorzystując dyktaturę, wojnę albo panującą ideologię, przez przeszłą urazę sprowadza na nas śmierć.
            Właśnie to nie wojna, dyktatura czy panująca ideologia ma tu, jak to zazwyczaj bywa postać zawieruch, która działa wedle własnych praw, pomimo a czasem wbrew ludzkim wyborom i działaniom. To nie wojna, dyktatura czy panująca ideologia demoralizuje i zmusza ludzi do zbrodniczych  aktów lecz to ludzie wykorzystują ją do zbrodniczych celów. To nie wojna, dyktatura czy panująca ideologia jest krwawa lecz to ludzie obmywają ją we krwi.
            Kolejny element układanki, coś co pozwala uwidocznić zło, czy też fałsz (bo przecież w świecie tylko złym i tylko fałszywym niemożliwym jest wyróżnić te cechy) jest wprowadzenie kontrastu – postaci reprezentujących wszystkie te wartości, które przegrywają. Można uznać, że poetyka Cambré jest odwróceniem estetycznego uzasadnienia zła u św. Augustyna: świat jest piękny i dobry a widzimy to poprzez widoczne w nim zło i brzydotę. Cambré pokazuje w swojej powieści, że świat jest brzydki i zły a widzimy to poprzez piękno i dobroć, które wciąż i wciąż pokonywane umierają śmiercią tragiczną.
            Co do prawdy, wartość ta zawsze przegrywa.

środa, 25 września 2013

Wszyscy opuszczamy Aleksandrię


To bezprawne użycie fragmentu książki Pana Bogusława, dokładniej przytoczonego w niej poezji pewnego niewidomego aleksandryjczyka uznajcie nie za plagiat lecz za reklamę.
Niech wszyscy reklamują wszystko…
Wiersz ma swój tytuł i choć go tu nie zamieszczę, to nieznacznie „zareklamuję” go w nazwie tego wpisu.

Jeśli nagle usłyszysz o północy,
jak przechodzi niewidzialny orszak
z przedziwną muzyką, śpiewem –
wtedy na klęskę swoją: że poszły na marne
wszystkie twe trudy i wszystkie dążenia
całego życia – nie skarż się daremnie.
Jak ktoś od dawna gotów, jak człowiek mężny,
pożegnaj ją – tę Aleksandrię, która znika.
A przede wszystkim nie łudź się,
nie wmawiaj sobie,
że to był sen albo słuch cię zwodzi.
Nigdy nie zniżaj się do takiej złudy.
Jak ktoś od dawna gotów, jak człowiek mężny,
jak ktoś godny, takiego miasta, twego miasta,
bez lęku podejdź do okna
 i słuchaj ze wzruszeniem wielkim, ale nigdy
z błagalnymi skargami tchórzów,
ostatniej twojej radości, tych dźwięków
z przedziwnych instrumentów tajemnego orszaku,
i pożegnaj ją, pożegnaj –
Aleksandrię, którą tracisz.

(tłum. Zygmunt Kubiak)[1]


[1]  Bogusław Kwiatkowski, Poczet Faraonów, ss 964 – 965, Warszawa 2002.

piątek, 22 marca 2013

Muzyka





Shopenhauera pojęcie muzyki, tak bliskiej piękna i pozwalającej na odczucie wzniosłości, że stanowiącej panaceum na nasze zindywidualizowane w egoistycznych postawach człowieczeństwo, nakłania czasem do podejrzliwego ściszenia właśnie odsłuchiwanego utworu, czasem do wyłączenia odtwarzacza nawet. Świat do jakiego porywa nas taka muzyka, jakkolwiek wyzbyty z niekończącego się koła cierpień, a co gorsza z nudy jest oczywiście piękną perspektywą. Jednakże takie ziemskie niebiosa wydają się być czymś zbyt pięknym, zbyt słodkim cukierkiem, który zbyt wielką dawką słodyczy sprawi nam przykrość innego rodzaju niż ta doświadczana na co dzień.
    Możliwe, że cały pomysł leżał w obietnicy takiego raju, który dostępny jest nam zaraz za muzyczną bramą niż na raju jako takim. Nadzieja oddala wszakże nudę oraz łagodzi cierpienie. Można by niemal odetchnąć z ulgą jeśli zgodzimy się na takie rozwiązanie. Jeżeli bowiem obietnica jest prawdziwa, jeżeli naprawdę muzyka jest zdolna do takich rzeczy, to należy obchodzić się z nią niezwykle ostrożnie.
   Uwznioślony muzyką tłum za bardzo przypomina mi ścigające Orfeusza Menady żeby ową ostrożność odrzucać. Pewnie, że dziewczyny bawią się wyśmienicie. Nie jestem tylko pewny czy jestem orędownikiem takiej zabawy. Wolałbym czynić zło z własnej inicjatywy.

czwartek, 2 sierpnia 2012



Trudno być albinosem w czasie i przestrzeni wypełnionej ludźmi wierzącymi, że krew z twojej szyi uleczy ich z AIDS.

"...w mordę, miałeś już kiedyś tak, że od groma ludzi gapi się tylko na ciebie, jakbyś był dla wszystkich bożonarodzeniowym indykiem? Bracie błysk katan przeraża jak sto skurwysynów"*

Ondijaki, Ile świtów ma noc, [w:] Literatura na świecie, s. 33, nr 5-6/2012.


wtorek, 12 kwietnia 2011

Z 44-tego,... wiersza.



  To twórcom http://www.poetryconnection.net/poets/Philip_Larkin/3528
zawdzięczam poniższe cytowanie. Właściwie zawdzięczam im jedynie umożliwienie mi produktywnego zastosowania dwóch skrótów mojej klawiatury. Gdyby nie oni dziękował bym Richardowi Rorty'emu ponieważ to z jego książki przepisałem ten wiersz. Swoją drogą, nie mam pojęcia dlaczego skopiowałem tylko angielską wersję.


Continuing to live -- that is, repeat
A habit formed to get necessaries --
Is nearly always losing, or going without.
      It varies.

This loss of interest, hair, and enterprise --
Ah, if the game were poker, yes,
You might discard them, draw a full house!
      But it's chess.

And once you have walked the length of your mind, what
You command is clear as a lading-list.
Anything else must not, for you, be thought
      To exist.

And what's the profit? Only that, in time,
We half-identify the blind impress
All our behavings bear, may trace it home.
      But to confess,

On that green evening when our death begins,
Just what it was, is hardly satisfying,
Since it applied only to one man once,
      And that one dying.

Philip Larkin - Continuing To Live

wtorek, 1 marca 2011

Jeszcze świeże a już przestarzałe.




Widziałem dziś jednego grubego
co szedł ulicą i pod prostą melodię
podkładał głośne „da da da”.
Pomyślałem, że i nim mógłbym być.

Wcześniej - w południe, śledziłem takich dwoje
od wyżebrania papierosów po splątanie rąk
obok szedł znajomy obgadując świat
Pomyślałem, że i nimi też mógłbym być.

Wcześniej, dużo wcześniej – jeśli liczyć dni
zagadał mnie taki, co chciał jeszcze pić.
Mówił, że pije od dawna – jeśli liczyć dni.
Pomyślałem, że nim też mógłbym być.

Było ich więcej – którymi mogłem być
tak wielu, że przestałem liczyć.
Grunt, że podobny do wszystkich
i każdy mógłby mną być.



     Dlaczego pisać wiersze, cokolwiek pisać? Wychodzi przecież kiepsko. To, co chciałem wyżej przekazać zrobili lepiej ludzie, którzy zdążyli w międzyczasie umrzeć, dorobić się opublikowania, tłumaczenia swojej publikacji, opracowania swojej publikacji itd., itd. Zniechęcające, nie? Z drugiej strony, o co chodzi z tą pogonią za nowością, oryginalnością czy autentycznością? Podejrzewam tu spisek podobny do kampanii antynikotynowej. Mniejsza z tym, piszę wiersze nie, aby wyrazić coś nowego lecz tak jak palę tytoń lub piję kawę. To, co mówię w wierszu jest ważne dla mnie ponieważ ja to powiedziałem i ja to odczułem. Zapraszam do perspektywy pierwszoosobowej.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Banał albo plagiat

.
..
...
....

    Trzeba przyznać, że Rysiek to gadzina, jednakże gadzina pierwszej klasy, niemalże magiczna gadzina. Pamiętam jak się święcie o tym przekonałem, kiedy zeszłej jesieni objawił mi się ten aspekt Ryśka osobowości. Od tej pory miewam koszmary od nowa i od nowa odgrywające sceny z tamtego dnia. Za każdym razem budząc się z tego tremendum obiecuje sobie, że winowajca kiedyś mi za to zapłaci. Niestety zazwyczaj kończy się na jednym postawionym Harnasiu albo jeszcze tańszym trunku. Rysiek nie jest rozrzutnym człowiekiem.
    Co się działo owego listopada, trudno będzie opowiedzieć. Pamiętam, umówiłem się z Ryśkiem na spotkanie u pewnej staruszki, zapalonej piromanki. Owa kobieta, przez cały rok gromadziła zapasy na zimę. Robiła to tak skrupulatnie, że na moje oko, z całym tym zapasem drewna opałowego mogłaby żyć ciepło nawet z nastaniem zlodowacenia. Mimo wszystko sympatyczna to była osoba i obaj z Ryśkiem bardzo ją lubiliśmy. Zwykliśmy przesiadywać u niej godzinami przy kawie i słuchaniu powtarzanych po raz setny opowieści. Bardziej niż ich treści przysłuchiwaliśmy się rytmowi opowiadania...
    Był właśnie pierwszy listopada i całe zdążające na cmentarz stworzenie zakorkowało ulice na tyle skutecznie, że myśli o dotarciu na miejsce o czasie już dawno przestały mnie zajmować. Już tylko tępo wpatrywałem się w szybę autobusu, którym jechałem. Rysiek, kiedy do niego zadzwoniłem był już oczywiście na miejscu i pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, tłumaczeniem staruszce, kto dzwoni oraz wprowadzaniem nieświadomą kobietę w świat telefonii komórkowej powiedział mi, że nie ma sprawy i z przyjemnością poczeka. Dodał złośliwie, że nie muszę się spieszyć.
    Jechałem więc pogrążony w ponurych rozmyślaniach nad karą śmierci dla ludzi hamujących ruch drogowy, niosących w swoich reklamówkach nieprzebrane zasoby zniczy, zapychających środki komunikacji miejskiej tymi zapasami czyli wszystkich, którzy byli akurat w polu mojego widzenia. Wszystko jednak ma swój koniec, i ja więc dojechałem na właściwy przystanek autobusowy.
    Wysiadłem i od razu poczułem, że świat jest piękniejszy. Miałem do przejścia jeszcze ze sto metrów, była to bowiem, mimo niedalekiej odległości od centrum miasta, dosyć odludna okolica. Jak to zazwyczaj bywa w polskich miastach, pomiędzy zgrupowaniami zszarzałych bądź cukierkowych blokowisk – piętna miejskiego imperializmu występowały tu gdzieniegdzie śladowe ilości przeróżnego rodzaju chatek, dworków i chałup. Właśnie w takiej chałupie mieszkała nasza staruszka – pani Miedziakowa.
    Mój raźny krok połączony z kontemplacją jesiennych krajobrazów został zmylony w pewnym momencie. Wynikało to nie tylko z dość grząskiego podłoża lecz przede wszystkim z faktu iż nagle okolica została odcięta od słońca i nadciągnęły egipskie niemal ciemności. Przez moment straciłem orientację i mając nadzieje na dalsze utrzymanie równowagi postanowiłem wstrzymać swój krok. Kiedy oczy przywykły już do nagłej zmiany oświetlenie spojrzałem w górę i ujrzałem całe zagony czarnych postaci latające nad całą okolicą: ubrane na czarno młode, takie-o-których wieku-się-nie-mówi i stare kobiety. Na miotłach, ławkach, krzesłach i w fotelach wykonywały zwariowane lotnicze akrobacje. Przez moje otwarte ze zdziwienia usta zaczęły wydobywać się obłoki pary wodnej ponieważ w przeciągu minuty temperatura w całej okolicy spadła o kilka stopni Celsjusza. Mój tępy podziw został jednak brutalnie przerwany.
  • Patrz jak się te jędze cieszą. Odezwał się do mnie nie wiadomo skąd przybyły, niewysoki staruszek.
  • Że co proszę? Odpowiedziałem niepewny własnego zdrowia psychicznego.
  • No jędze, wiedźmy, Jagi, te cholery na niebie! Krzyknął poirytowany i splunąwszy dodał:
  • Ostatni sabat miały z pięćdziesiąt lat temu. Później nic bo czorta zabrakło. Teraz znów widać pojawił się, więc wirują.
  • Co to jest ten Czart? Zapytałem, odpuszczając sobie zdroworozsądkowe podejście do świata ponieważ w tej chwili i tak na nic by mi się ono nie przydało.
  • Żaden Czart tylko czort: drewniany diaboł. Gadzi dziw... no czort taki drewniany, co wokół niego jędze się mnożą.
  • Mówi pan, że to jakaś figurka drewniana?
  • A kto by tam wiedział! Czy to samo wyrasta czy czarownik albo inny bezbożnik struże, nie odpowiem. Bo i po co to znać: z czego i jak to zrobione; że jest złe, to wystarczy porządnemu człowiekowi. Idź pan, jeszcze zapamięta pana która a wtedy kłopoty na całe życie.
Nie miałem jednak odwagi ruszyć się z miejsca. Staruszek wprost przeciwnie, raz podpierając się swoją laską, raz wymachując nią w powietrzu klął na latające nad nim niewiasty, używając przy tym chyba całego zasobu przekleństw jaki znajdował się w jego posiadaniu. Wkrótce zasapany przystanął i zamilkł. Nie marnował jednak zbytnio czasu na odpoczynek. Wystarczyło mu kilka spokojnych oddechów aby z nową energią ponowić swoje egzorcyzmy. W zapamiętaniu podniósł niewielki kamień i, przechodząc od słów do czynów, cisnął nim z całą swoją mocą. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Chociaż, sam przecież widziałem, kamień w żadną z pań nie trafił i nawet nie zdążył jeszcze opadać a już mściwa niewiasta spłynęła z nieboskłonu i na zakończenie tego lotu nurkowego zdzieliwszy niepoprawnego dziadka pięścią w czubek głowy pozbawiła go ludzkiej postaci – krzykliwy staruszek zamienił się w ujadającego psa.
    Nauczony tym przykładem wolałem nie podnosić głosu ani ręki lecz ukrywszy moją obecność na tyle dobrze na ile umiałem, wyciągnąłem telefon i wysłałem Ryśkowi wiadomość: żeby wyszedł przed dom zobaczyć, co się z tym światem wyprawia. Nie minęła minuta od wysłania a wiedźmy, jak jeden mąż (chociaż w tym przypadku właściwszym wydawałoby się powiedzieć żona) wydały z siebie pełen wściekłości i żalu wrzask i w tej samej chwili zniknęły.
    I znów był pogodny dzień. Znów słońce świeciło bez przeszkód na tą polską ziemię i tylko dzwonienie w uszach – wynik wiedźmiego żalu i ciągłe ujadanie pasa nie pozwalało umieszczać tego dziwnego przeżycia w sferze snów czy przywiedzeń. Chociaż i pies ucichł po chwili, pobiegł w stronę idącego ku mnie Ryśka zaczął skomleć żałośnie, jakby z pretensjami i żalem. Rysiu zbył to psie nagabywanie poklepując kundla po pysku i zatrzymawszy się obok mojej osoby zaczął się wypytywać: „Co się stało?”, „Po co wyciągałem go z chałupy Miedziakowej?”, „Co to był za dziwny huk?”, „O co chodzi z tym kundlem?” itd., itp.
    Uznawszy, że moja opowieść wyda się Ryśkowi śmieszna i nieprawdopodobna, zmyśliłem na poczekaniu opowieść o bójce pseudokibiców albo zwariowanym happenerze grasującym z megafonem po okolicy albo jeszcze inną. Nie jestem do końca pewny jak ale udało mi się nadać jej pozory prawdopodobieństwa.
Kiedy już usiedliśmy w kuchni, koło starego kaflowego pieca. Kiedy pijąc kawę usłyszałem już kilka zwariowanych opowieści pani Miedziakowej, Rysiu, korzystając z chwilowej przerwy w słowotoku starszej pani, powiedział:
  • Wiesz ze mnie też jest artysta. Sam byś przyznał gdybyś przyszedł wcześniej. Rzeźbiłem sobie kiedy ci nie było. Wyszła mi całkiem kształtna karykatura twojej osoby. Pani Miedziakowo nie widziała czasem pani mojej dzieła?
  • Co? A, diaboł! Wrzuciłam go pod grupkę bo w piecu gasło.
  • ...