Widziałem dziś jednego grubego
co szedł ulicą i pod prostą melodię
podkładał głośne „da da da”.
Pomyślałem, że i nim mógłbym być.
Wcześniej - w południe, śledziłem takich dwoje
od wyżebrania papierosów po splątanie rąk
obok szedł znajomy obgadując świat
Pomyślałem, że i nimi też mógłbym być.
Wcześniej, dużo wcześniej – jeśli liczyć dni
zagadał mnie taki, co chciał jeszcze pić.
Mówił, że pije od dawna – jeśli liczyć dni.
Pomyślałem, że nim też mógłbym być.
Było ich więcej – którymi mogłem być
tak wielu, że przestałem liczyć.
Grunt, że podobny do wszystkich
i każdy mógłby mną być.
Dlaczego pisać wiersze, cokolwiek pisać? Wychodzi przecież kiepsko. To, co chciałem wyżej przekazać zrobili lepiej ludzie, którzy zdążyli w międzyczasie umrzeć, dorobić się opublikowania, tłumaczenia swojej publikacji, opracowania swojej publikacji itd., itd. Zniechęcające, nie? Z drugiej strony, o co chodzi z tą pogonią za nowością, oryginalnością czy autentycznością? Podejrzewam tu spisek podobny do kampanii antynikotynowej. Mniejsza z tym, piszę wiersze nie, aby wyrazić coś nowego lecz tak jak palę tytoń lub piję kawę. To, co mówię w wierszu jest ważne dla mnie ponieważ ja to powiedziałem i ja to odczułem. Zapraszam do perspektywy pierwszoosobowej.