poniedziałek, 20 grudnia 2010

Banał albo plagiat

.
..
...
....

    Trzeba przyznać, że Rysiek to gadzina, jednakże gadzina pierwszej klasy, niemalże magiczna gadzina. Pamiętam jak się święcie o tym przekonałem, kiedy zeszłej jesieni objawił mi się ten aspekt Ryśka osobowości. Od tej pory miewam koszmary od nowa i od nowa odgrywające sceny z tamtego dnia. Za każdym razem budząc się z tego tremendum obiecuje sobie, że winowajca kiedyś mi za to zapłaci. Niestety zazwyczaj kończy się na jednym postawionym Harnasiu albo jeszcze tańszym trunku. Rysiek nie jest rozrzutnym człowiekiem.
    Co się działo owego listopada, trudno będzie opowiedzieć. Pamiętam, umówiłem się z Ryśkiem na spotkanie u pewnej staruszki, zapalonej piromanki. Owa kobieta, przez cały rok gromadziła zapasy na zimę. Robiła to tak skrupulatnie, że na moje oko, z całym tym zapasem drewna opałowego mogłaby żyć ciepło nawet z nastaniem zlodowacenia. Mimo wszystko sympatyczna to była osoba i obaj z Ryśkiem bardzo ją lubiliśmy. Zwykliśmy przesiadywać u niej godzinami przy kawie i słuchaniu powtarzanych po raz setny opowieści. Bardziej niż ich treści przysłuchiwaliśmy się rytmowi opowiadania...
    Był właśnie pierwszy listopada i całe zdążające na cmentarz stworzenie zakorkowało ulice na tyle skutecznie, że myśli o dotarciu na miejsce o czasie już dawno przestały mnie zajmować. Już tylko tępo wpatrywałem się w szybę autobusu, którym jechałem. Rysiek, kiedy do niego zadzwoniłem był już oczywiście na miejscu i pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy, tłumaczeniem staruszce, kto dzwoni oraz wprowadzaniem nieświadomą kobietę w świat telefonii komórkowej powiedział mi, że nie ma sprawy i z przyjemnością poczeka. Dodał złośliwie, że nie muszę się spieszyć.
    Jechałem więc pogrążony w ponurych rozmyślaniach nad karą śmierci dla ludzi hamujących ruch drogowy, niosących w swoich reklamówkach nieprzebrane zasoby zniczy, zapychających środki komunikacji miejskiej tymi zapasami czyli wszystkich, którzy byli akurat w polu mojego widzenia. Wszystko jednak ma swój koniec, i ja więc dojechałem na właściwy przystanek autobusowy.
    Wysiadłem i od razu poczułem, że świat jest piękniejszy. Miałem do przejścia jeszcze ze sto metrów, była to bowiem, mimo niedalekiej odległości od centrum miasta, dosyć odludna okolica. Jak to zazwyczaj bywa w polskich miastach, pomiędzy zgrupowaniami zszarzałych bądź cukierkowych blokowisk – piętna miejskiego imperializmu występowały tu gdzieniegdzie śladowe ilości przeróżnego rodzaju chatek, dworków i chałup. Właśnie w takiej chałupie mieszkała nasza staruszka – pani Miedziakowa.
    Mój raźny krok połączony z kontemplacją jesiennych krajobrazów został zmylony w pewnym momencie. Wynikało to nie tylko z dość grząskiego podłoża lecz przede wszystkim z faktu iż nagle okolica została odcięta od słońca i nadciągnęły egipskie niemal ciemności. Przez moment straciłem orientację i mając nadzieje na dalsze utrzymanie równowagi postanowiłem wstrzymać swój krok. Kiedy oczy przywykły już do nagłej zmiany oświetlenie spojrzałem w górę i ujrzałem całe zagony czarnych postaci latające nad całą okolicą: ubrane na czarno młode, takie-o-których wieku-się-nie-mówi i stare kobiety. Na miotłach, ławkach, krzesłach i w fotelach wykonywały zwariowane lotnicze akrobacje. Przez moje otwarte ze zdziwienia usta zaczęły wydobywać się obłoki pary wodnej ponieważ w przeciągu minuty temperatura w całej okolicy spadła o kilka stopni Celsjusza. Mój tępy podziw został jednak brutalnie przerwany.
  • Patrz jak się te jędze cieszą. Odezwał się do mnie nie wiadomo skąd przybyły, niewysoki staruszek.
  • Że co proszę? Odpowiedziałem niepewny własnego zdrowia psychicznego.
  • No jędze, wiedźmy, Jagi, te cholery na niebie! Krzyknął poirytowany i splunąwszy dodał:
  • Ostatni sabat miały z pięćdziesiąt lat temu. Później nic bo czorta zabrakło. Teraz znów widać pojawił się, więc wirują.
  • Co to jest ten Czart? Zapytałem, odpuszczając sobie zdroworozsądkowe podejście do świata ponieważ w tej chwili i tak na nic by mi się ono nie przydało.
  • Żaden Czart tylko czort: drewniany diaboł. Gadzi dziw... no czort taki drewniany, co wokół niego jędze się mnożą.
  • Mówi pan, że to jakaś figurka drewniana?
  • A kto by tam wiedział! Czy to samo wyrasta czy czarownik albo inny bezbożnik struże, nie odpowiem. Bo i po co to znać: z czego i jak to zrobione; że jest złe, to wystarczy porządnemu człowiekowi. Idź pan, jeszcze zapamięta pana która a wtedy kłopoty na całe życie.
Nie miałem jednak odwagi ruszyć się z miejsca. Staruszek wprost przeciwnie, raz podpierając się swoją laską, raz wymachując nią w powietrzu klął na latające nad nim niewiasty, używając przy tym chyba całego zasobu przekleństw jaki znajdował się w jego posiadaniu. Wkrótce zasapany przystanął i zamilkł. Nie marnował jednak zbytnio czasu na odpoczynek. Wystarczyło mu kilka spokojnych oddechów aby z nową energią ponowić swoje egzorcyzmy. W zapamiętaniu podniósł niewielki kamień i, przechodząc od słów do czynów, cisnął nim z całą swoją mocą. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Chociaż, sam przecież widziałem, kamień w żadną z pań nie trafił i nawet nie zdążył jeszcze opadać a już mściwa niewiasta spłynęła z nieboskłonu i na zakończenie tego lotu nurkowego zdzieliwszy niepoprawnego dziadka pięścią w czubek głowy pozbawiła go ludzkiej postaci – krzykliwy staruszek zamienił się w ujadającego psa.
    Nauczony tym przykładem wolałem nie podnosić głosu ani ręki lecz ukrywszy moją obecność na tyle dobrze na ile umiałem, wyciągnąłem telefon i wysłałem Ryśkowi wiadomość: żeby wyszedł przed dom zobaczyć, co się z tym światem wyprawia. Nie minęła minuta od wysłania a wiedźmy, jak jeden mąż (chociaż w tym przypadku właściwszym wydawałoby się powiedzieć żona) wydały z siebie pełen wściekłości i żalu wrzask i w tej samej chwili zniknęły.
    I znów był pogodny dzień. Znów słońce świeciło bez przeszkód na tą polską ziemię i tylko dzwonienie w uszach – wynik wiedźmiego żalu i ciągłe ujadanie pasa nie pozwalało umieszczać tego dziwnego przeżycia w sferze snów czy przywiedzeń. Chociaż i pies ucichł po chwili, pobiegł w stronę idącego ku mnie Ryśka zaczął skomleć żałośnie, jakby z pretensjami i żalem. Rysiu zbył to psie nagabywanie poklepując kundla po pysku i zatrzymawszy się obok mojej osoby zaczął się wypytywać: „Co się stało?”, „Po co wyciągałem go z chałupy Miedziakowej?”, „Co to był za dziwny huk?”, „O co chodzi z tym kundlem?” itd., itp.
    Uznawszy, że moja opowieść wyda się Ryśkowi śmieszna i nieprawdopodobna, zmyśliłem na poczekaniu opowieść o bójce pseudokibiców albo zwariowanym happenerze grasującym z megafonem po okolicy albo jeszcze inną. Nie jestem do końca pewny jak ale udało mi się nadać jej pozory prawdopodobieństwa.
Kiedy już usiedliśmy w kuchni, koło starego kaflowego pieca. Kiedy pijąc kawę usłyszałem już kilka zwariowanych opowieści pani Miedziakowej, Rysiu, korzystając z chwilowej przerwy w słowotoku starszej pani, powiedział:
  • Wiesz ze mnie też jest artysta. Sam byś przyznał gdybyś przyszedł wcześniej. Rzeźbiłem sobie kiedy ci nie było. Wyszła mi całkiem kształtna karykatura twojej osoby. Pani Miedziakowo nie widziała czasem pani mojej dzieła?
  • Co? A, diaboł! Wrzuciłam go pod grupkę bo w piecu gasło.
  • ...

piątek, 17 grudnia 2010

Szmira część 2 albo Smells Like Smerf's Spiryt czyli kogo obchodzą czytelnicy i ich zdrowie psychiczne.


Hasłem przewodnim na dziś jest: Ludzie, czytajcie kiepskie teksty!


    Ach, jak on gnał, jak pędził! Gdybyś czytelniku stał wtedy w tamtym parku czy przed marketem i miał w polu widzenia szlachetnego Ryśka... Nie, nie otwarłbyś ust ze zdziwienia, nie zakrzyknąłbyś: „Któż to tak pędzi?!”. Rysiek bowiem pędził pędem na tyle zwielokrotnionym przez swą prędkość, że powiedzmy sobie szczerze drogi czytelniku, nic byś nie zobaczył. Co najdziwniejsze, ów nieszczęsny, który targnął się na dobre samopoczucie Ryszarda uniknął ostrza dziadkowej szabli. Kiedy klinga ciągnąca za sobą ciało naszego, z całą pewnością głównego, bohatera uderzała w miejsce pobytu klatki piersiowej tajemniczego asasyna wtenczas, miast w ciało, zagłębiła się w kolejną warstwę powietrza. Prawdą bowiem było, że wraz wraz ze zmianą wektora lotu naszego bohatera nastąpiło zjawisko zapadnięcia się w sobie i zaniku tajemniczego jegomościa. O, szlachetne zdumienie, szlachetny poślizg i jakże szlachetne turlanie się po trawie naszego można było zaobserwować w tego parku okolicznościach. Te wszystkie trzy elementy z pewnością uczyniły naszego bohatera legendarnym.
  Ryszard wstał i z zajmującą godnością otrzepał się ze wszelkich zbytecznych akcydensów zaś autor uznawszy, że nadmiar wrażeń mógłby pozbawić życia, mienia a już na pewno przytomności pozwolił aby miasto na które im obu się spadło było historycznie polskim miastem – miejscem pracy, nauki i tymczasowego zamieszkania pana Ryśka. Miasto było tak polskie jak to tylko można sobie wyobrazić - wprost do szpiku kości przesiąknięte polskością. Rysiek, chociaż nie było to jego rodzinny gród, żyjąc tu od samej lokacji, wspaniale wpisywał się w jego panoramę.
    Zapytacie: „Ha! Jeśli Ryszard jest tak długowieczny to jakim cudem jego dziadek mógł władać szablą a nie mieczem, maczugą, toporem?” Pytanie to, zrazu mogące wydawać się trafnym w istocie objawia waszą nieuważną lekturę. Któż bowiem napisał, że szabla była JEGO, znaczy się Ryśka dziadka? Na pewno nie zrobił tego autor! Jeśli ktoś ci tak powiedział, drogi czytelniku, to przy następnym spotkaniu zaśmiej mu się w twarz. Dziadek bowiem, poprzedni pan i właściciel tej szlachetnej broni, jest tworem na tyle anonimowym, że domniemywać jego istnienie można jedynie na podstawie dwóch poszlak: samej szabli oraz jego wnuka, do niedawna Ryśka kolegi. Człek ten, zwany Pietruszką, przegrał w karty kto wie czy nie więcej niż cały swój miesięczny urobek. A chcąc jak najdłużej kontynuować złą passę (prawdziwie bowiem ludzie mówią o hazardzistach, że ci nie pragną zwycięstw lecz przegranych) poszedł do lombardu z szablą pod pachą i zamiarem zastawienia w lombardzie tej rodzinnej pamiątki. Wywiedziawszy od się jak stoją sprawy Rysiek zgarnął z ulicy Pietruszkę. Jako człowiek honorowy, pietyzmem toczący historię uświadczony był w przekonaniu, że takiej rzeczy czynić się nie godzi. Zaproponował więc swojemu druhowi pożyczkę samemu odmawiając przyjęcia szabli jako zastawu. Pietruszka ze wzruszeniem, drżącymi dłońmi przyjmował pieniądze aby przegrać je w przeciągu kilku następnych godzin. Rysiek jako człowiek światowy wiedział, że pożyczonej kwoty raczej nie odzyska lecz mając Mamonę w niskim poważaniu nie przejmował się tym i żył jak zwykle, tzn. na kredyt. Co do Pietruchy, miesiąc później znaleziono go na bruku, pobitego przez wierzycieli i martwego z przepicia. Rysiek składając się wraz z kilkoma przyjaciółmi nieboszczyka sprawił koledze i wystawną trumnę i granitową płytę. A kiedy odczytano testament, Ryszard zauważył, że ów nieszczęsny hazardzista zapisał mu w spadku rzeczoną szable.
...

czwartek, 16 grudnia 2010

Jak niżej

Szmira

    No! Szable po dziadku mam przy boku. Wyraźnie wyczuwam, że tam jest. Niegłupi jestem, poradzę sobie. Jakkolwiek sytuacja nie wygląda, będzie dobrze. Tylko czemu tak mną trzęsie, cholera. Tak w ogóle, ciekawe skąd ten wiatr? Możliwe, że wszystko to jest snem i wystarczy, poczekam trochę a zacznie mi się śnić coś innego. Jeżeli to nie sen, to może wystarczy przespać tę sytuację. Obudzę się później i zobaczę na ile sytuacja posunęła się do przodu... Tylko skąd ta szabla po dziadku? Zabrałem ją staruszkowi a może sam mi ją dał? Nieważne, to przecież pewnie mi się śni więc żadnej szabli pewnie nie mam. Właściwie dobrze, że jeszcze budzika nie słyszałem – pewnie jeszcze będę mógł sobie pospać.
.
.
.
No dobra! Ciągle wieje, trzęsie i robi się co raz zimniej! Otworzę lepiej oczy.

    • O kuraaaaa!
    Przejmując pałeczkę prowadzenia monologu od kolegi, być może głównego bohatera, opiszę przyczynę jego tak gwałtownej reakcji. Nasz bohater, otworzywszy oczy zauważył, że ze znaczną prędkością zbliża się w jego stronę obiekt niemożliwy do wyminięcia. Warto zauważyć, że była to niemożliwość iście planetarnych rozmiarów. Inaczej rzecz ujmując, w stronę naszego bohatera, ciągle przyspieszając, zbliżała się planeta Ziemia.
    No, ale nie stresujmy się tak bardzo. Nie wiemy przecież, czy główny bohater nie ma jakiegoś planu, który uratowałby go przed impaktem. Możliwe, że na plecak umieszczono mu przy okazji zrzutu plecak ze spadochronem, albo, kto to może przewidzieć, nasz bohater ma jakieś specjale moce umożliwiające mu łagodne wylądowanie na tej, przyjaznej przecież, planecie.

  • Żadnego plecaka nie posiadam! Zakrzyknął, po raz drugi pozwalając wedrzeć się lodowatemu powietrzu do ust. Był niemy krzyk, słyszany tylko przeze mnie ponieważ spadał z taką prędkością z jaką spadał jego możliwości komunikacji były mocno ograniczone. Mógł mówić tylko do mnie.
  • Aniele boży, stróżu.... No nie, zaczął się modlić. I co z takim normalnie począć? Zero własnej inicjatywy! I co, chyba nie sądzi, że zaraz tam przyleci do niego jakiś uskrzydlony obojnak i udzieli mu pomocy?
  • Czego? Skrzydlaty pijany obojnak pojawił się właśnie obok spadającego głównego bohatera.
  • Jak to czego?! Jakbyś nie widział. Spadam. Nie mógłbyś mi pomóc?
  • Ja nie od takich rzeczy. Jak będziesz chciał ukraść koledze długopis, mogę cię powstrzymać; jak najdzie cię chęć na zdradzanie żony, wtedy moja jurysdykcja; jak skłamiesz w zeznaniu podatkowym... no, wtedy skłamiesz w zeznaniu podatkowym. Ja nie od takich spraw, rozumiesz mnie? Ja od duchowych przewin jestem, nie od jakiś ziemskich, materialisto ty jeden! Co, pewnie jeszcze jak cię uratuję to milion dolarów będziesz chciał, nowe ferrari będziesz chciał, darmowy internet będziesz chciał, no...?
  • Ale ja jestem dopiero w liceum. Nie mam żony!
  • Ahaaa..., no to na razie.
    Zniknął pozostawiając samemu sobie spadającego grzesznika. Może nie całkiem samego. Bohaterowie tym się różnią od innych ludzi, że w przeciwieństwie do tych marnych rzeszy potencjalnych czytelników nigdy nie są sami. Oto przecież nawet pozostawiony przez siły wyższe osamotniony przez ludzi nasi bohaterowie zawsze mogą liczyć, że ktoś na nich patrzy, że ktoś nad nimi czuwa, się ewentualnie znęca. I nie jest to złudne uczucie bycia ciągle obserwowanym jaki podług wierzeń pana Dawkinsa żywią ludzie religijni w stosunku do boga. W jakikolwiek bowiem chaos wpadnie bohater zawsze może zakładać, że po drugiej stronie siedzi osoba odpowiedzialna za to wszystko, ponieważ już samo bycie bohaterem zakłada posiadanie własnego autora. Ludzie po prostu przeinaczyli ten pomysł i wrzucili go do worka z innymi dogmatami.
    Ale, ale co z naszym bohaterem? Ciągle spada... Twarz ma jednak teraz zdeterminowaną więc albo pogodził się ze śmiercią, albo na coś wpadł. Popatrzmy gdzie leci nasz bohater. Uf! Mało brakowało a uderzyłby w dach jakiegoś wieżowca. Można domniemywać, że jesteśmy już niedaleko od drogi. O nawet szpital maja nie daleko. I park, market, nawet kościół. Ładna okolica.

    • Ty popatrz na tego kolegę w parku.

    Rzeczywiście, tak bardziej wytężając wzrok można było zauważyć człowieka siedzącego na ławce. Trochę jest dziwnie ubrany, ale może taka moda panuje w tym mieście. Nie dziwi też, że spogląda w stronę naszego (możliwe, że głównego) bohatera. Widok spadającego z nieba człowieka może wydawać się ekscytujący. I nagle pan z parku podnosi rękę i wycelowawszy ję w stronę naszego bohatera zaciska pięść.

    • Uważaj! Krzyknąłem do potencjalnego głównego bohatera.

    Bohater (potencjalnie główny) sięgnął po rękojeść szabli, przekręcił się w związku z tym o trzysta sześćdziesiąt stopni w poziomie a sto osiemdziesiąt w pionie, spadając głową w dół, szybkim cięciem rozdwoił to coś co miało w niego uderzyć. Następnie, mrucząc „khazeD!” zatrzymał swoje spadanie a uderzając w szklane okno stojącego obok wieżowca, nabrał rozpędu i poleciał w stronę parku. Zza pleców dobiegł go okrzyk:

    • Dajesz Rysiu! W istocie bowiem mieliśmy do czynienia z Ryśkiem a on był nie tylko potencjalne ale także koniecznie głównym bohaterem.

...

sobota, 4 grudnia 2010

Ze wszystkimi błędami...

...dodaję do waszej dyspozycji tę historyjkę i, ufając, że więcej sprężyn nie wyskoczy z mojego łóżka, idę na papierosa. Nie można przecież całego dnia siedzieć przed komputerem.

    Prawdziwie można było o nim powiedzieć że umarł. Co prawda chodził jeszcze po tym świecie. Nie odczuwając jednak przyjemności ani bólu, nie mógł sobie także pozwolić na ich pochodne takie jak litość strach i nadzieja. Posiadał tylko mgliste wspomnienie owych uczuć, a jego egzystencja, lub jej brak, opierała się w zasadzie na czystej grze intelektu. Wedle niektórych definicji wolności można było uznać go za prawdziwie wolnego, inne nadawały określały jego zniewolenie jako nieskończone.
   Brak pragnień sprawił, że stał się kimś dla kogo określenie „podmiot działający” odnosi się w najmniejszym stopniu. Jedyną jego cechą nadającą mu pozór człowieka była skłonność do śmiechu. Śmiał się częściej niż inni co wynikało z nadmiernie rozwiniętego wyczucia komiczności. Zabawnym wydawało mu się właściwie wszystko, każdy wytwór rąk ludzkich i każdy aspekt życia. Od prostej łopaty do kosmicznego promu, od narodzin do śmierci wszystko obserwował ledwo co wstrzymując się od parskania w bardziej drażliwych sytuacjach.
    Za najzabawniejsze uznał dzieła filozofów . Zawsze miał na twarzy uśmiech gdy czytał opasłe tomy konstruujące coraz to inne wizje świata, nawiązujące do siebie i wykluczające się zarazem. Oczyma wyobraźni widział jak ci ponurzy skrybowie, pełni żarliwej pewności swoich przekonań, od ponad dwóch i pół tysięcy lat bezskutecznie próbują odpowiedzieć na kilka prostych pytań.
    Uznał, że pociesznym byłoby gdyby sam zabrał się za takie rozważania. Pogrążył się więc w dociekaniach nad naturą wszystkiego; telosem, arche, energią. Jego dywagacje były jednak niepełne. Pozbawiony irracjonalnego czynnika, nie potrafił wybrać tych czy innych aksjomatów dla opisania rzeczywistości. Wolny zaś od jakichkolwiek nadziei czy od lęku przed porażką uznał, że jego traktat winien nosić ślady tych cech, których on sam nie posiada. Nazwał swoje dzieło słowem należącym do z dawna już wymarłego języka oraz umieścił odwołania do swojego traktatu w co bardziej popularnych summach i organonach. Same odwołania odnosiły się do jego traktatu raz przecząc jego istnieniu, innym razem stwierdzając że mógł on niegdyś istnieć lecz zapewne został już zniszczony, gdzie indziej znowuż zastrzegając się o jego istnieniu a nawet lekturze. Większość postrzegała owo dzieło jako odkrywające wszystko co zakryte, nie poprzez spekulacje lecz w bezpośredniości determinujące swoje poznanie. Był to więc z traktat idealny.
     Jego twórczy dorobek obejmował także komedię, doskonałą z jego punktu widzenia. Wśród jej licznych zalet najwyżej cenił sobie tę, że osiągając graniczny punkt lakoniczności składała się z zaledwie pojedynczego słowa do dziś w gruncie rzeczy nierozszyfrowanego. Komedia ta, chociaż tak skąpa w formę i jednocześnie tak w niej uwikłana, oferowała mimo swojej nieokreśloności wszystko to, co najlepsze komedie mają do zaoferowania. Był w niej szczęśliwy koniec, karykaturalnie przedstawione postacie ludzkie, wartka akcja itd. Owa sztuka odniosła tak olbrzymi sukces, że współczesne hermeneutyki odrzuciły rozumienie jej jako dzieła wynikłego z działania, lecz raczej za samą zasadę twórczą.
    Wydawałoby się że jego zapał twórczy oraz długie życie jakim został pobłogosławiony pozwoliły mu na wydanie na świat więcej owoców geniuszu. Niestety nie stworzył niczego więcej. Na jego obronę warto zauważyć, że nie ujmował on czasu w taki sam sposób jak czynimy to my: wypominając wczoraj, tracąc dzisiaj oraz ciągle planując jutrzejszy dzień ze strachem i nadzieją. Brak nadziei, trwogi czy też żalu uczynił go odpornym na przeszłość i przyszłość. On sam zdawał sobie sprawę z następstw kolejnych jednostek czasu, lecz świadomość ta miała się nijak do jego trwania. Był to po prostu kolejny fakt o którym nawet nie starał się pamiętać ponieważ w gruncie rzeczy mało go on obchodził.
    Czasami dawał się porwać ludzkiemu stylowi życia. Średnio raz na dziesięć, dwadzieścia lat, kiedy spotykał, wedle jego rozumienia naprawdę zabawną osobę, wychodził zza zakurzonych półek swojej biblioteki ku światu spraw powszechnych. Wówczas, mimo braku łaknienia jadł, nie pragnąc zaś pił, spał wcześniej zaprojektowawszy sobie sny i kochał wedle definicji miłości którą uprzednio konstruował na podstawie obserwacji panujących w danej epoce obyczajów. Nigdy jednak nie trwało to zbyt długo, z natury będąc istotą aspołeczną , zazwyczaj zrażał do siebie otaczających go ludzi. Opuszczony wracał do swojej samotni aby poświęcić się rozważaniom nad kondycją ówczesnych społeczeństw.
    Jego rozważania zawsze były wtórne i odtwórcze. Wynikało to przede wszystkim z faktu, iż mimo biegłości w manipulowaniu ideami nie potrafił zrozumieć sposobu działania tej nieuchwytnej struktury popędów jaka kieruje działaniami społeczeństw. Sam tę niemożność uznawał za paradoks. Polityka i socjologia były dla niego dziedzinami dla których nie potrafił znaleźć odpowiednich hermeneutyk. Religia, mimo że poznał tak wiele systemów wierzeń, ciągle pozostawała dla niego wielką niewiadomą. Mógł co prawda przedstawić wiele argumentów za i przeciw istnieniu boga, tego Boga lub innych bogów; za i przeciw istnieniu zła, każdego zła. Każdy z tych argumentów przedstawiał klarownie, ze zniewalającą erudycją. Każdy z nich potrafił w podobny sposób obalić.
    Wielkie okno w jego gabinecie skłaniało go do spoglądania czasem na rozpościerający się za nim, wiecznie jesienny, zimowy, letni i wiosenny krajobraz. Obserwując grę wszech przenikających sił zdumiewał się symetrią jaka zachodziła pomiędzy tą grą za oknem i grą w środku - jego zasadą istnienia. Odkładał wtedy książkę i przez długi czas wpatrywał się w poruszane wiatrem drzewa. Wypełniało go wówczas uczucie nie tyle estetycznego zachwytu czy wyciszającej kontemplacji lecz upajającego zadowolenia. Kiedy nie patrzył wydawał się skromniejszy.