Jak nie ma się o czym pisać, to trzeba wyciągnąć z szuflady coś starego. Co prawda, znalazłbym kilka tematów wartych poruszenia, ale czasu brak. Przecież każdy początek miesiąca obfituje w wiązkę nowości wymagającą przejrzenia i głębokiej analizy. Tak jest i tym razem; nowy zeszyt mangi Claymore, co tygodniowe wydanie Kekkaishi czy Kenji... Jakby tego było mało, trzeci mamy nowy sezon Merlina, kolejne odcinki Lost Girl, Dextera, Supernatural oraz Glee. A to przecież nie koniec, chcąc bowiem obcować nie tylko z kulturą niską ale także niziutką, trzeba było zanurzyć się w kolejnych tomach sagi Christophera Paoliniego. Taka wspaniała transdescendencja wymaga znowuż ruchu w kierunku przeciwnym, lektury Anny Kareniny (ponownej) oraz Ricoeur'a esejów O interpretacji (próby przynajmniej). Podsumowując, ten ruch w górę i w dół trzeciego świata (Poppera) nie pozwala praktykowanie innych czynności. Po prostu nie ma czasu na pisanie!
Pozostaje jednak nadzieja, że wyrwawszy się kiedyś z tego koła wcieleń (każda lektura wytworu kultury jest wcieleniem się w aktora tego wytworu), wrócę do porzuconych projektów. Gdy ten moment nastąpi czytelnik bloga być może dowie się dlaczego Gilgamesz musi umrzeć, jak żyć będąc Genius loci i co jest tak naprawdę prawdziwe.
Puki co przygotujmy się na starą, dobrą sprośność:
Drogi czytelniku, aby uchronić Cię przed nudnym wierszem najlepiej takiego nie pisać. Innym sposobem, właściwie jednym z wielu innych, jest napisać taki wiersz, aby odbiorca, wzburzony zachowaniem autora, nie tylko jego wytwór bez znużenia przeczytał, ale i zaczął szukać miejsca, w którym autor mieszka w celu wytłumaczenia temu demiurgowi jak pisać Nie Należy.
I wtedy ujrzałem Ygdrassil
Iglak o korze brunatnej i szarej jak popiół
Idiotyczny szkielet szczerzy się ku niebu
Idealne Axis Mundi na miotłę
Zataczam kręgi wokół drzewa wielkich
Moje ulubione spośród wszystkich innych
Stoi tu od stuleci, jeden wielki moloch
Epistemiczne drzewo, o dobra i zła owocach
Na jednej wieszają złych
Inną zdobią resztki lin po tych dobrych
Kruków tu nie widać
Kiczem czyniły ten obrazek
Kreśliły go zbyt patetycznie, że aż banalnie
Kropnąłem by tego uniknąć ostatniego kruka
Wcześniej stał na gałęzi i krakał złośliwie
Czekał na zbuntowanej młodzieży pokolenia nowe
W szlachetnych porywach zdobiącej gałęzie
Powiedziałem mu, że kres i krach tylko zdobędzie
Teraz nawet moja Pamięć nie odnajduje
jego imienia, w Myśl-ach moich ucichło krakanie
Wracam pod drzewo - w poszukiwaniu mandragory.
Wedle zasad dedukcji - powinna tu gdzieś być.
Wyrwę ją zębami - tak jest w przepisie
Wrzask jej mnie nie zabije - za dużo wypiłem
Dlatego po spirali zbliżam się do korzeni
Swoich Antenatów nie mam w przeszłości
Zjadłem ją, zadziała za dziewięć dni
Poczekam długie godziny w ciemności
Sześćset sześćdziesiąt sześć run poezji
W pośpiechu wzbieram drogę wspinaczki
Połykając język wspominam, jak
Przez Eony odsiadywałem karę
Prochem śmiertelnie Duch mój był zgnieciony
Pływał we wcieleniach – tych kolejnych
Piekłach, w których innych palę
Najpiękniejszych aniołów Bóg dał ludziom za dusze
Tak jak Gwiazda Zaranna rozświetlamy stworzenie
Bo przecież zło rozpala tylko ludzkie jaźnie