Shopenhauera
pojęcie muzyki, tak bliskiej piękna i pozwalającej na odczucie
wzniosłości, że stanowiącej panaceum na nasze zindywidualizowane
w egoistycznych postawach człowieczeństwo, nakłania czasem do
podejrzliwego ściszenia właśnie odsłuchiwanego utworu, czasem do
wyłączenia odtwarzacza nawet. Świat do jakiego porywa nas taka
muzyka, jakkolwiek wyzbyty z niekończącego się koła cierpień, a
co gorsza z nudy jest oczywiście piękną perspektywą. Jednakże
takie ziemskie niebiosa wydają się być czymś zbyt pięknym, zbyt
słodkim cukierkiem, który zbyt wielką dawką słodyczy sprawi nam
przykrość innego rodzaju niż ta doświadczana na co dzień.
Możliwe,
że cały pomysł leżał w obietnicy takiego raju, który dostępny
jest nam zaraz za muzyczną bramą niż na raju jako takim. Nadzieja
oddala wszakże nudę oraz łagodzi cierpienie. Można by niemal
odetchnąć z ulgą jeśli zgodzimy się na takie rozwiązanie.
Jeżeli bowiem obietnica jest prawdziwa, jeżeli naprawdę muzyka
jest zdolna do takich rzeczy, to należy obchodzić się z nią
niezwykle ostrożnie.
Uwznioślony
muzyką tłum za bardzo przypomina mi ścigające Orfeusza Menady
żeby ową ostrożność odrzucać. Pewnie, że dziewczyny bawią się
wyśmienicie. Nie jestem tylko pewny czy jestem orędownikiem takiej
zabawy. Wolałbym czynić zło z własnej inicjatywy.