Gdzieś tak pół roku temu siedziałem w Empiku nad Wyspą dnia poprzedniego. Umieściłem jeden czy dwa akapity z tej powieści miedzy bazgrołami z "lekcji" o giętkości, ciągłości i dyskretności (tak, nie dyskrecji tylko dyskretności) oraz zapiskami z zajęć o różnicach i podobieństwach w poglądach jednego takiego Richarda R. ze względu na punkt widzenia drugiego takiego Hans-Georga G. Jest to jedyny fragment mojego zeszytu, do którego wracam chociaż został już zapisany.
„W końcu uderzyła go jeszcze jedna myśl, która bezgranicznie zmniejszyła ryzyko w tej grze, a nawet jego czyniła w obu wypadkach zwycięzcą. Załóżmy, że prąd zniesie go w kierunku przeciwnym. Otóż po minięciu tamtego cypla (wiedział, bo zrobił przecież próbę z drzwiami) prąd poniesie go wzdłuż południka...
Gdyby tak leżał na powierzchni wody, wpatrzony w niebo, nie zobaczyłby już nigdy ruchu Słońca; unosiłby się na tej krawędzi, która oddziela dzisiaj od dnia poprzedniego, a więc poza czasem, zawsze w samo południe. Ponieważ czas zatrzymałby się dla niego, zatrzymałby się też na Wyspie, odwlekając w nieskończoność śmierć Lilii, jako że teraz wszystko, co się jej przytrafia, zależy od jego woli narratora. W zawieszeniu on, w zawieszeniu wydarzenia na Wyspie.
Poza wszystkim innym, cóż to za nadzwyczajnie przenikliwy chiasm! Znalazłaby się w tym samym położeniu, w jakim on się znajdował przez czas już nie do wymierzenia, o dwa sążnie od Wyspy, a niknąc pośród oceanu, złożyłby jej dar z tego, co było jego nadzieją, zatrzymałby ją na krawędzi nie kończącego się pożądania - oboje bez przyszłości, a tym samym bez oczekiwania na śmierć.
Potem puścił wodze fantazji i jął wyobrażać sobie, jaka byłaby jego wędrówka, a ponieważ usankcjonował już stopienie się w jedno światów, czuł, jakby chodziło jednocześnie o wędrówkę Lilii. Było to niezwykłe dokonanie Roberta, bo przecież zapewniłby ukochanej także nieśmiertelność, której zmowa długości geograficznych inaczej by jej nie przyznała.
Zdążałby ku północy z prędkością umiarkowaną i jednostajną, po lewej i prawej ręce następowałyby po sobie dni i noce, pory roku, zaćmienia i przypływy, nowe gwiazdy przemierzałyby niebo, niosąc zarazy albo wstrząsy w imperiach, monarchowie i papieże siwieliby i znikali w obłokach prochu, wszystkie wiry świata dokonałyby swych wietrznych obrotów, a z holokaustu starych gwiazd wyłoniłyby się nowe... Wokół niego morze rozszalałoby się, a potem uciszyło, pasaty przemykałyby na wszystkie strony, a dla niego nic by się nie zmieniało w tej wypełnionej spokojem bruździe wodnej.
Czy zatrzymałby się kiedyś? Wedle tego, co zapamiętał z map, żaden inny ląd, poza Wyspami Salomona, nie rozciągał się na tej długości geograficznej, a przynajmniej do bieguna, gdzie ta długość zlewała się w jedno z wszystkimi innymi długościami. Skoro jednak okręt z wiatrem od rufy i całym lasem masztów potrzebował wielu, wielu miesięcy, żeby przebyć szlak podobny do tego, którym Robert miał ruszyć, jak długo on wytrwa na swoim kursie? Może całe lata, nim znajdzie się w miejscu, gdzie z dniem i nocą, z biegiem stuleci działo się coś, o czym nie miał pojęcia.
Jeszcze przez cały ten czas spoczywałby otulony miłością tak wzniosłą, że nie dba o utratę warg, dłoni, źrenic. Ciało wyzbyłoby się wszelkiej limfy, żółci czy flegmy, przez wszystkie pory wtargnęłaby woda, a przenikając do uszu, zagipsowałaby mózg słonością, zajęłaby miejsce szklanego humoru oczu, dostałaby się do nozdrzy i rozpuściła wszelki ślad po żywocie ziemskim. W tymże czasie promienie słoneczne karmiłyby go cząsteczkami ognistymi i one to pozbawiłyby ciecz ciężkości, czyniąc z niej jedną kałużę powietrza i ognia, którą siła sympatii wzywałaby ku górze. I Robert, lekki teraz i lotny, wzbiłby się, by dołączyć najpierw do duchów powietrznych, a potem do duchów słonecznych.
To samo stałoby się z nią w ostrym świetle padającym na skałę. Rozprzestrzeniłaby się niby kowane złoto, które zmienia się w prawie przezroczystą blaszkę.
W ten sposób z biegiem dni połączyliby się w tym porozumieniu. Chwila po chwili stawaliby się jedno dla drugiego tym, czym są zespolone bliźniacze igły kompasu, z których każda naśladuje ruch swej towarzyszki, odchylając się, gdy druga zdąża dalej, przyjmując na nowo pozycję prostą, gdy druga wraca na pierwotne miejsce.
Tak zatem wspólnie przebywaliby dalszą drogę, prosto w stronę czekającej na nich gwiazdy - pył atomów wśród innych kosmicznych korpuskuł, wir pośród wirów - wiekuiści teraz jak świat, albowiem utkani z pustki. Pogodzeni ze swym przeznaczeniem, jako że ruch Ziemi niesie choroby i strach, ale drganie sfer niebieskich pełne jest niewinności.
Tak zatem gra zawsze musiała przynieść mu zwycięstwo. Nie ma co się wahać. Nie ma też co gotować się do tej tryumfalnej ofiary bez ekwipunku właściwych rytuałów. Robert powierzył papierowi ostatnie czyny, jakich zamierzał dokonać, a co do całej reszty, pozwolił nam odgadywać gesty, rytmy, kadencje.”