niedziela, 16 maja 2010

Grafomania



  Oglądałem właśnie film zawierający scenę palenia papierosa i pisania pewnego tekstu. Sam właśnie paliłem nadpalonego już skręta i popijając go zimną kawą zacząłem zastanawiać się nad grafomanią. Były to dociekania w zasadzie autorefleksyjne. 
  Ciekawe, co różni artystę od literata a tego od grafomana. Wiem, że ma to coś wspólnego z przesadną górnolotnością słów, lub w nowomową, której nie przystawanie jest zbyt widoczne w danym kontekście. Możliwe, że artystę od literata dzieli zaangażowanie w swoją literaturę a od grafomana większa wprawa w doborze środków stylistycznych. Pomyślałem jednak o czymś więcej, otóż różnica pomiędzy grafomanią a nawet niezdarnym artyzmem przekazu wydaje się zasadzać na czymś innym, na pewnego rodzaju prawdzie przekazu... Medium zastosowane do nadania jakiejś wizji kształtu oraz wizja, która kreowana jest przed lub wraz z rozpinaniem się nad nią medium przeciwstawione zostaje czemuś trzeciemu, światu wartości lub sądów, który nadal mi ucieka uniemożliwiając tym samym jasne przedstawienie sprawy. Możliwe, że owa prawda, jaka odróżnia tekst artysty od tekstu grafomana zasadza się właśnie na relacjach pomiędzy wizją piszącego a tym trzecim elementem, który nam, przy odbiorze, pozwala współ-odczuwać dany tekst lub odnieść się do niego tak, jakby relacja współ-odczuwania była zasadną. Coś jest takiego, na przykład w tekstach Bukowskiego, co nie pozwala nam uznać je za szmirę, podobnie z Eco (Wahadło Foucaulta, o innych powieściach czy felietonach nie piszę, ponieważ tylko ten tekst jest dla mnie nadal żywy), albo Hrabalem (Zbyt głośna samotność także najżywiej na mnie oddziałuje). W przypadku Borgesa za artystyczne mogą uchodzić, oprócz opowiadań także eseje (Nowa refutacja czasu), a jednak przeczuwa się, że jego wiersze są bardziej grafomańskie niż artystyczne. Joyce nadał tej relacji wyraz skrajnie epifaniczny, co byłoby w innym przypadku grubiaństwem, jednak jemu uchodzi to na sucho. Może chodzi o odwagę takiego a nie innego doboru środka ekspresji, aby przedstawiona nam rekonfiguracja rzeczywistości nie była czyś pustym, odwołującym się tylko do siebie, ale szła dalej. 
  Dziwne i nietypowe jest pisanie o takich sprawach – tu nie tylko rozwiązanie ucieka, ale i problem coraz bardziej się zaciera. A wydawało mi się, że wystarczy tylko jedno zdanie dla skonkretyzowania tej myśli.
 

niedziela, 9 maja 2010

Epifania, Bukowski - czyli pierwszeństwo intencjonalności ad extra nad refleksją ad intra.

No to lecimy:

jeden dolar 25 centów za galon


życie potrafi być głupie jak wnętrze
starych butów kiedy pies wyje na
deszczu.
wjeżdżam na stację benzynową
moim volkswagenem rocznik'67 a
jakaś kobieta
zastawia mi
wjazd.
trąbię
ona się ogląda.
znowu trąbię
i ruchem ręki pokazuję
jej żeby się ruszyła i nalała
benzyny do swojego rzęcha. wyglądała na
zdziwioną.
to tania samoobsługowa stacja
i
wszyscy męczymy się w długich kolejkach
bezlitosnego losu.
w końcu podchodzi ktoś z personelu i
obsługuje
tę kobietę. ona opowiada mu o mnie:
jestem gnojkiem - bez stylu,
bez wstydu.
patrzę
na jej dupsko
i dochodzę do wniosku że mi się niezbyt
podoba. ona patrzy na moją twarz i
dochodzi do takiego samego wniosku. kiedy
odjeżdża podnoszę
maskę
chwytam za węża i myślę,
że może chciała mnie przelecieć.
nie byłem
w nastroju.
kiedy podchodzi facet z obsługi
widzę
że czuł to samo co ja.
płacę, pytam którędy
na Beverly Hills i odjeżdżam.



Bukowski Ch. Światło błyskawicy za górą, 2009, losowo wybrana strona.

piątek, 7 maja 2010

Ballada o Robinie Goodfellow


  Kiedy zeszłej nocy, w jednym ręku trzymając piwo a w drugim papierosa przypomniałem sobie o niegdysiejszym tłumaczeniu, pomyślałem, lepiej już żeby siedziało ono na blogu niż dusiło się na twardym dysku. Jakkolwiek jest to jedynie skrawek ballady, to chyba nie pamiętam żeby coś więcej chciało się komuś na nasz język tłumaczyć.

Tum zadął w ton wesoły
O Robinie Goodfellow
Większy byś mi posłuch dał
Gdybyś jego brudy znał

Lecz wpierw zdradzę jego urodzenie
I jak to z jego matką było
By później jak Robina wesołego
Psocenie się skończyło

Dawnymi czasy, gdy dziwy zwykły
Nocą wyprawiać czary
I gładko przemykać przez klucza szpary
Ma opowieść wybiera tory

Wśród tych cudownie ładniutkich mas
Był Oberon, ich król
Ten nie zwykł oddawać im pola
W ich piciu na umór

Wiele posesji zajmowali
Lecz jedna wyziera spoza tła
W niej urodziwe dziewczę żyło
Tę król w największym poważaniu ma

Ta gospodyni urocza, czarowna i nadobna
Tak uprzejma, potulna i łagodna była, że
Jak w mym piśmie stoi, przez króla Oberona
Została dzieckiem uraczona

Wiedziała nie, kim ojciec był
Lecz jak to zwykle bywa
W noc on do niej wciąż chodził
I wraz ze świtem spływał

Niedoszła żona więcej rozumu ma
Niż miała świeża matka
Rzekła, musi on jakimś dziwem był
I stąd ma dola taka

środa, 5 maja 2010

I po ortograficznej nutce dekadencji.

  Jednogłośną (jednym głosem) uchwałą zarządu bloga ustalono zamianę "kawe" na "kawę". Ta imperialistyczna a przede wszystkim dekadencka ortografia zagrażała zdrowiu polskiej, katolickiej rodziny więc niezwłocznie należało ją usunąć. Ów obcy element, łącząc poprawną formę "lubię" ze szczeniackim pustosłowiem "kawe", tworząc chimeryczny dysonans, siał zgorszenie wśród naszej młodzieży (chciałoby się).  


  Zdecydowano więc uciąć głowę tej hydrze, aby na jej miejsce pojawiły się inne poczwarne facjaty o większej niż poprzednia sposobności demoralizacji młodego społeczeństwa.

Płynąc ku nieskończoności.

Gdzieś tak pół roku temu siedziałem w Empiku nad Wyspą dnia poprzedniego. Umieściłem jeden czy dwa akapity z tej powieści miedzy bazgrołami z "lekcji" o giętkości, ciągłości i dyskretności (tak, nie dyskrecji tylko dyskretności) oraz zapiskami z zajęć o różnicach i podobieństwach w poglądach jednego takiego Richarda R. ze względu na punkt widzenia drugiego takiego Hans-Georga G. Jest to jedyny fragment mojego zeszytu, do którego wracam chociaż został już zapisany.

„W końcu uderzyła go jeszcze jedna myśl, która bezgranicznie zmniejszyła ryzyko w tej grze, a nawet jego czyniła w obu wypadkach zwycięzcą. Załóżmy, że prąd zniesie go w kierunku przeciwnym. Otóż po minięciu tamtego cypla (wiedział, bo zrobił przecież próbę z drzwiami) prąd poniesie go wzdłuż południka...
Gdyby tak leżał na powierzchni wody, wpatrzony w niebo, nie zobaczyłby już nigdy ruchu Słońca; unosiłby się na tej krawędzi, która oddziela dzisiaj od dnia poprzedniego, a więc poza czasem, zawsze w samo południe. Ponieważ czas zatrzymałby się dla niego, zatrzymałby się też na Wyspie, odwlekając w nieskończoność śmierć Lilii, jako że teraz wszystko, co się jej przytrafia, zależy od jego woli narratora. W zawieszeniu on, w zawieszeniu wydarzenia na Wyspie.
Poza wszystkim innym, cóż to za nadzwyczajnie przenikliwy chiasm! Znalazłaby się w tym samym położeniu, w jakim on się znajdował przez czas już nie do wymierzenia, o dwa sążnie od Wyspy, a niknąc pośród oceanu, złożyłby jej dar z tego, co było jego nadzieją, zatrzymałby ją na krawędzi nie kończącego się pożądania - oboje bez przyszłości, a tym samym bez oczekiwania na śmierć.
Potem puścił wodze fantazji i jął wyobrażać sobie, jaka byłaby jego wędrówka, a ponieważ usankcjonował już stopienie się w jedno światów, czuł, jakby chodziło jednocześnie o wędrówkę Lilii. Było to niezwykłe dokonanie Roberta, bo przecież zapewniłby ukochanej także nieśmiertelność, której zmowa długości geograficznych inaczej by jej nie przyznała.
Zdążałby ku północy z prędkością umiarkowaną i jednostajną, po lewej i prawej ręce następowałyby po sobie dni i noce, pory roku, zaćmienia i przypływy, nowe gwiazdy przemierzałyby niebo, niosąc zarazy albo wstrząsy w imperiach, monarchowie i papieże siwieliby i znikali w obłokach prochu, wszystkie wiry świata dokonałyby swych wietrznych obrotów, a z holokaustu starych gwiazd wyłoniłyby się nowe... Wokół niego morze rozszalałoby się, a potem uciszyło, pasaty przemykałyby na wszystkie strony, a dla niego nic by się nie zmieniało w tej wypełnionej spokojem bruździe wodnej.
Czy zatrzymałby się kiedyś? Wedle tego, co zapamiętał z map, żaden inny ląd, poza Wyspami Salomona, nie rozciągał się na tej długości geograficznej, a przynajmniej do bieguna, gdzie ta długość zlewała się w jedno z wszystkimi innymi długościami. Skoro jednak okręt z wiatrem od rufy i całym lasem masztów potrzebował wielu, wielu miesięcy, żeby przebyć szlak podobny do tego, którym Robert miał ruszyć, jak długo on wytrwa na swoim kursie? Może całe lata, nim znajdzie się w miejscu, gdzie z dniem i nocą, z biegiem stuleci działo się coś, o czym nie miał pojęcia.
Jeszcze przez cały ten czas spoczywałby otulony miłością tak wzniosłą, że nie dba o utratę warg, dłoni, źrenic. Ciało wyzbyłoby się wszelkiej limfy, żółci czy flegmy, przez wszystkie pory wtargnęłaby woda, a przenikając do uszu, zagipsowałaby mózg słonością, zajęłaby miejsce szklanego humoru oczu, dostałaby się do nozdrzy i rozpuściła wszelki ślad po żywocie ziemskim. W tymże czasie promienie słoneczne karmiłyby go cząsteczkami ognistymi i one to pozbawiłyby ciecz ciężkości, czyniąc z niej jedną kałużę powietrza i ognia, którą siła sympatii wzywałaby ku górze. I Robert, lekki teraz i lotny, wzbiłby się, by dołączyć najpierw do duchów powietrznych, a potem do duchów słonecznych.
To samo stałoby się z nią w ostrym świetle padającym na skałę. Rozprzestrzeniłaby się niby kowane złoto, które zmienia się w prawie przezroczystą blaszkę.
W ten sposób z biegiem dni połączyliby się w tym porozumieniu. Chwila po chwili stawaliby się jedno dla drugiego tym, czym są zespolone bliźniacze igły kompasu, z których każda naśladuje ruch swej towarzyszki, odchylając się, gdy druga zdąża dalej, przyjmując na nowo pozycję prostą, gdy druga wraca na pierwotne miejsce.
Tak zatem wspólnie przebywaliby dalszą drogę, prosto w stronę czekającej na nich gwiazdy - pył atomów wśród innych kosmicznych korpuskuł, wir pośród wirów - wiekuiści teraz jak świat, albowiem utkani z pustki. Pogodzeni ze swym przeznaczeniem, jako że ruch Ziemi niesie choroby i strach, ale drganie sfer niebieskich pełne jest niewinności.
Tak zatem gra zawsze musiała przynieść mu zwycięstwo. Nie ma co się wahać. Nie ma też co gotować się do tej tryumfalnej ofiary bez ekwipunku właściwych rytuałów. Robert powierzył papierowi ostatnie czyny, jakich zamierzał dokonać, a co do całej reszty, pozwolił nam odgadywać gesty, rytmy, kadencje.”