czwartek, 25 lutego 2010

Aby nie zapomnieć.


Ernsest Dowson

Non sum qualis eram bonae sub regno Cynarae

Wieczorem, ach, przeszłej nocy, między jej wargi a moje
Cień twój napłynął, Cynaro! Skądś nagle twój oddech sfrunął
Na duszę mą między winem a stu pocałunków rojem;
I byłem niepocieszony, znów chory na miłość dawną,
         Tak, byłem niepocieszony, skłoniłem głowę pochmurną:
Byłem ci wierny, Cynaro! Ale na modłę własną.

Przez całą noc na mym sercu jej serce czułem, wtulone,
Leżała w mych objęciach po brzask, we śnie i w miłości;
Choć słodkie były w całunkach sprzedajne usta, czerwone,
To byłem niepocieszony, znów chory na miłość dawną,
         Gdym zbudził się i zobaczył, że świt już szary zagościł:
Byłem ci wierny, Cynaro! Ale na modłę własną.

Moc zapomniałem, Cynaro, bo moc przeminęło z wiatrem,
Ciskałem róże szaleńczo, ach, róże w krzykliwą zgraję,
Tańczyłem, by wyrwać z pamięci twe lilie stracone, zblakłe;
Lecz byłem niepocieszony, znów chory na miłość dawną,
         Tak, cały czas, tak, niezmiennie, bo taniec był długi, nie taję:
Byłem ci wierny, Cynaro! Ale na modłę własną.

Pragnąłem muzyki dzikszej, kazałem mocniejsze lać wino,
Ale gdy gasną lampiony i uczta kresu dobiega
Cień twój zapada, Cynaro, i noc jest twoją dziedziną;
I jestem niepocieszony, znów chory na miłość dawną,
         O, tak, spragniony i głodny warg pożądania mojego:
Byłem ci wierny, Cynaro! Ale na modłę własną.

         Rzecz powyższą znalazłem w mojej kwartalnej ściągawce o nazwie Literatura na Świecie, nr 9-10/2009, s. 162. Wiersz przeczytałem około piątej nad ranem, spodobał mi się i chciałem go mieć w miarę pod ręką. Stąd taki a nie inny tytuł niniejszego wpisu. Szczegół, który zaskoczył mnie przy samym już przepisywaniu - zastosowanie w wierszu słowa „niepocieszony”, po raz pierwszy zobaczyłem z nie trywialnym kontekście.



Na koniec lutego.

  W swojej Ikonologii Cesare Ripa przedstawia nam więcej niż jeden opis alegorii lutego. Jak dla mnie, najtrafniejszy w tym roku wydaje się ten odnoszący się do filozofa Eusachiusza:

  "Starzec kudłaty i siwy, okryty skórą aż do stóp, siedzący koło tęgiego ognia i jakby grzejący się przy nim. Figura ta pokazuje nie tylko srogość Zimy, lecz również - jak się potocznie mówi - ziąb samej starości.


Zima, a również miłosne rozkosze,
Całkiem go wyzuły z naturalnej krzepy,
Więc przyczłapał do miło grzejącego ognia."

niedziela, 21 lutego 2010

Trupy w szafie.

  Może ten temat zostanie rozwinięty szerzej w przyszłym blogowaniu, może zwinie się na jednym wpisie, nie wiem. Przypomniałem sobie o tym cytacie w sytuacji awaryjnej, jego szukanie miało uczynić ze mnie zajętego człowieka, kogoś komu nie należy przeszkadzać. Cytat ów nie wykonał w pełni powierzonych w nim nadziei, ale i tak jest w porządku, nawet Pan Belbo nie ma zastrzeżeń.

"...każdy z nas ma duchowych przodków, których portretów nie chciałby wieszać w rodzinnej jadalni, a o których przypominają złośliwe plotki sąsiadów."

Kołakowski L., Kapłan i błazen, [w:] Antologia powojennego eseju polskiego, Wrocław, 2003, s. 195.

czwartek, 18 lutego 2010

Dlaczego nie chce mi się blogować?




  Jedną z odpowiedzi na to spędzające wszystkim sen z powiek pytanie będzie fragment powieści, którą czytałem i, która ma swoją kontynuację na tyle lekkostrawną i niedorzeczną, że mam wrażenie, że jej autor brał udział w tym samym kursie powieściopisarstwa co Stephenie Meyer,  Christopher Paolini i Jan Ewangelista. Nie mam pojęcia jak ci czworo mogli spotkać się razem na sali wykładowej, lecz taki fakt musiał zaistnieć. Rzecz wymaga udowodnienia, jednak spokojnie oddaję ten zaszczyt kanałowi Discovery, Panu Brownowi, albo bliżej nieokreślonej grupie doktorantów spragnionych dożywotniego grantu na swoje badania. Wierzcie mi, kochani naukowcy, taki obszar dociekań to żyła złota. Wracając jednak do wspomnianego fragmentu:

„…nigdy nie wymienił w pamiętniku swojego imienia. To nie był oficjalny dziennik, lecz prywatny pamiętnik, zatem nie musiał tego czynić. Berdine i Richard zaczęli go nazywać Kolo, co było skrótem od koloblicin - górnod’harańskiego słowa, które znaczyło <>.”

  Właśnie, wracając do omawianego fragmentu, to nie jestem pewny, czy ta podwórkowa etymologia nie jest czymś literacko zamierzonym, czy też czymś swoistym dla polskiego tłumaczenia, takim palimpsestem znaczenia, żartem Pani Lucyny Targosz? Namysł dłuższy niż kilkanaście sekund kieruje mnie do opowiedzenia się po stronie: a co to mnie obchodzi.




piątek, 12 lutego 2010

Eksplozjonizm a totalny realizm.

  Dwie siły zaprawdę rządzą naszym życiem a ich nazwy zostały umieszczone w tytule niniejszego postu. Dziś wpadłem na to czym może być taki eksplozjonizm w wydaniu detalicznym i przełknąwszy tę myśl razem z kanapką postanowiłem nie dzielić się nią z nikim.
  Zostawiam jednak być może złudny ślad dla ciekawych hrabalowskiej ontologi: http://hrabal.xwp.pl/

czwartek, 4 lutego 2010

Trawestacja Trainspottingu

   Wprawdzie zaszliśmy odrobinę dalej niż Renton, Sick Boy i spółka. Nasz wypad nie obfitował też w takich egzystencjalnych traum jak w Trainspottingu. Jednak i tam, na tatrzańskim potokiem tak jak nad tamtym strumykiem w Szkocji, czuć było przedsmak końca pewnego okresu, epoki czy czegoś tam niezbyt określonego. Właśnie dla tego użyłem słowa "przedsmak", bo nie wiem co to dokładnie było. Znaczy się, nie wiem czego to był koniec bo przecież pierwszy raz pojechaliśmy całą piątką w góry. No ale jeżeli dalej iść wedle analogii z filmem, to byłby to koniec pewnego etapu w życiu każdego z ble, ble, bleble...itd. 
  Jedynym człowiekiem potrafiącym poprowadzić tego typu rozważania bez żenujących opisów był jeden Węgier, którego kiedyś czytałem. Prawdopodobnie do tego typu rzeczy trzeba mieć madziarską krew. Gdybym więc miał umieścić prawdziwie istotne zdania, istotne dla mnie i wywołujące oddźwięk u innych, musiałbym poszukać ich u Otto Tolnaia, albo posłużyć się jego językiem ponieważ, chociaż nie pamiętam dokładnie co czułem tamtego dnia, to patrząc na to zdjęcie wydaje mi się że spoglądam na pewnego rodzaju maskę pośmiertną.


poniedziałek, 1 lutego 2010

Dla Jarka, aby w każdej chwili mógł spojrzeć na swój ulubiony miedzioryt.




Tak, tak, to są okrucieństwa wojny, obustronne zezwierzęcenie nad którym należy się rozwodzić. Patrząc jednak z drugiej strony na tę scenę, można także uchwycić zaradność tych kobiet: i dziecka przypilnuje, i mężowi pomoże.

TVP Kultura o świecie.

"Świat, który jest brudny, zwyczajny; pełen staruszek w znoszonych płaszczach."

  Nie to, żebym nie zgadzał się z powyższą opinią, po prostu uderzyła mnie epifaniczność tej wypowiedzi: ja te staruszki niemalże zobaczyłem; właśnie ich osoby, a musi być ich dużo, dobitnie akcentują świat, który nie tylko został zjechany za brak higieny, za swoją niechęć do wychylania się, ale także z to, że zezwala na pojawianie się takiego haniebnego zjawiska jakim są znoszone płaszcze, a co więcej, umieszcza je na osobach staruszek, których imię legion. Te dziwne kreatury, stają się nie tylko immanentne wobec takiej rzeczywistości, ale także ją konstytuują, są jej warunkiem koniecznym, jakże diabolicznym w swojej mnogości. 
  Fakt, określenia świata poprzez staruszki jest odniesieniem się do stagnacji wartości, do panowania niezwyciężonego status quo, taka staruszka wydaje się być zrozumiałą, od takiej staruszki więcej nie wymagam. Jednak przedziwna siła omawianego stwierdzenia leży jednak gdzie indziej: te znoszone płaszcze, tak jak zwyczajność miała konweniować ze staruszkami, tak właśnie one współgrają tutaj z brudem świata. Ktoś może stwierdzić, że taka myśl jest podła, że określania osób, które z racji na swój wiek, mądrość, swoją uprzednią opiekę nad nami itp., w skrócie: że tak nie należy - na staruszkę można narzekać bo gdera, ale nie dlatego, że jest brudna.  Według mnie takie narzekanie, odnośnie jednego i drugiego, jest odwieczne i jest orężem synowej oraz siłą nowego pokolenia oraz ogniem w którym deprecjonuje się pokolenie stare.
  Dlaczego, jednak owa demoniczność insynuowana przez autora w pierwszym akapicie? Gdzie wypatrywać nieziemskiego pierwiastka w takim sobie bo wytrzebionym z godności, plemieniu staruszek? Sięgnijcie do literatury ludzie! Skąd bowiem taka siła staruszki, koro już ją ujęliśmy w ciasny schemat - skoro stała się śmieszna, otarta z godności? Czyżby nasza deprecjacja nie była ostateczną? Sięgnij do literatury, powiedziałem również sobie, nie mogłem jednak znaleźć odpowiednich spojrzeń na staruszkę, jej odpowiednich ujęć więc trzeba będzie obejść się bez przypisów. Napiszę jasno, w każdym razie postaram się tak uczynić, pokazać skąd w owych staruszkach diaboliczność jakaś niewysłowiona. Otóż przypatrzmy się jeszcze raz z hermeneutyczną zawziętością analizowanemu stwierdzeniu: świat pełen staruszek... kocioł pełen wywaru... Bo przecież siła takiej staruszki tkwi w jej historyczności niedyskursywnej. Jest to siła doświadczeń jakich nie można nauczyć się inaczej niż poprzez zostanie taką staruszką i jest to siła niezbywalna: dopóki staruszka jest ta moc jest z nią. Możemy z pobłażaniem obcować z taką staruszką przez dłuższy czas nie słuchając jej narzekań, zbywając kolejne opowieści z dawnych lat po raz setny nam opowiadane, aż w pewnym momencie, staruszka uderza w nas jednym stwierdzeniem, gestem, bądź intonacją swoich słów i wówczas jesteśmy bezradni. Wówczas czujemy, że ta na wprost nas siedząca osoba nie jest staruszką zwyczajną, lecz staruszką magiczną.
  I teraz świat w którym jak w kotle pełno jest staruszek, jest światem dwojako przez te magiczne osoby zawojowanym. Jest światem z immanentnymi mu staruszkami narzucającymi mu swój porządek  wartości, ale i nie tylko takim uniwersum. Ponieważ władza daje transcendencje, staruszki rządząc tym kotłem, tak jakby wychodzą z niego. Można nawet stwierdzić, że to one w tym kotle mieszają. Ich władza nad światem jest aspektem i immanentnym mu, i transcendującym wobec niego, jest rzeczą niezmienną wszak staruszki są wieczne. Poprzez właśnie ową niezmienność świat taki jest nudny a przez to wydaje się być zwyczajnym; w ów egzystencjalny porządek staruszki wpadają zdeprecjonowane, estetycznie graniczne oraz w zatargu pomiędzy naszym i ich dyskursami stojące na przegranej pozycji; jednakże w porządku egzystencyjnym, na poziomie niekoniecznie świadomego oraz poza pojęciowego rozumienia staruszki, ze swoimi przesądami, dewocjonaliami ze swojej strony a naszymi o niech niekiedy fantasmagorycznymi wyobrażeniami o nich z drugiej strony, takie staruszki są niejednoznaczne.