Jakoś zawsze bardziej niż słowami, myślałem obrazami. Do niedawna wydawało mi się, że to mój atut. Wyobraźnia nie pozwala jednak na sprawne działanie w świecie szczególnie, jeżeli ktoś nie umie rysować. Na przykład w tej chwili, zamiast słów potrzebnych do opisu poniższych zdarzeń po głowie krążą ułamki poezji jakiegoś francuskiego symbolisty. Co prawda nie są one obrazem ale działają na tej samej zasadzie co on, odbijając się jak piłka od ścian czaszki krążą osamotnione po mojej głowie. I właśnie w tym momencie każdego opowiadania następuje wyparowanie inwencji, koniec tekstu… Dziś jednak nie zamierzam się poddawać, mam zamiar gruntownie przemyśleć sprawę w tramwaju, na ulicy, w szkole a później znów w tramwaju, tak abym z tekstem gotowym już w głowie przystąpił wieczorem do zadania.
Nie po raz pierwszy kierując się takim przeświadczeniem, poszedłem na przystanek tramwajowy. Pogoda nie była za specjalna; padało, a zważywszy na porę (delikatnie po siódmej) wolałbym nadal spać na mieszkaniu. Mój współlokator zresztą tak zrobił. Dziś jednak miałem ambicję, to był mój pierwszy dzień na zajęciach. W gruncie rzeczy cała ta impreza mogła skończyć się na nawiedzeniu mieszkania Mateusza, kawie i powrocie do domu. Ciągle jednak miałem wiarę w swoją siłę woli oraz zapał początkującego. Ściślej rzecz ujmując październik trwał już od kilku dni roboczych, jednak kilka dni wcześniej nastąpił szereg nieprzewidzianych okoliczności, o których później.
Z informacji zdobytych na przystanku wiedziałem, że dziesiątka przyjedzie dopiero z osiem minut. Nie lubiąc marnować zbytnio czasu zacząłem skręcać sobie papierosa. Z filtrem w ustach i tytoniem na bibule obserwowałem ludzi. Kręcili się koło mnie w oczekiwaniu na swój tramwaj. Wszyscy jeszcze zaspani działali jakby na autopilocie. Nie było słychać rozmów, każdy z nas zwarł się w sobie, każdy był w owej chwili samotny. Lubiłem ten nastrój, gdy każdy z nas był trędowaty dla innych. Zarówno przystanki jak i tramwaje zawsze przepełniał nastrój religijnego skupienia, tak właściwy miejscom gdzie grupa obcych sobie ludzi przebywa nieruchomo przez dłuższy czas. Z całym zapasem niepisanych praw właściwych dla takich miejsc człowiek może wtopić się w siebie i pozwolić się ponieść niepewności, co do miejsca wysiadki czy nienawistnym wpatrywaniu się w czerwone światła, co gdy spieszymy się gdzieś, ze złośliwą stanowczością, co chwila zatrzymując emke pokazują, że tak naprawdę to one tu rządzą.
Zobaczyłem nadjeżdżającą dziesiątkę, więc urwawszy żarzącą się końcówkę papierosa wyjąłem z kieszeni bilet. Wsiadając zobaczyłem młodego mężczyznę leżącego na podłodze wagonu. Z włosami obciętymi na zapałkę, wytartych dżinsach leżał i grudkami śliny wypływającymi z jego ust wydzielił dla siebie spory kawałek podłogi. Obok leżącego było kilka pustych miejsc jednak czteroosobowa grupka mężczyzn wolała stać zbita w ciasną grupkę na końcu niż usiąść zbliżywszy się do tej, przepełniającej ich niesmakiem osoby. Z drugiej strony ludzie siedzący przed leżakującym facetem udawali, że go nie widzą. Na następnym przystanku wszyscy oprócz mnie z cisnącej się z tyłu grupki wysiedli. Będąc szczerym, stwierdzę, że nie mogłem sobie pozwolić na taką rozrzutność jak kierowanie się dobrym smakiem i czekanie na kolejną dziesiątkę. Zresztą i tak miałem przyjechać prawie spóźniony. Pozostałem, więc sam na sam z leżącym przede mną człowiekiem, a ponieważ odkąd inni zniesmaczeni pasażerowie wysiadając pozostawili mi pewne pole manewru, starannie omijając leżącego zbliżyłem się do pierwszego wolnego miejsca i, zadowolony z siebie usiadłem. Właśnie to było dziwne: ten rodzaj dobrego humoru czy dziecięcej fascynacji, z jaką sadowiłem się na pustym siedzisku. Przypominało to uczucie, z jakim patrzymy na bijących się ze sobą ludzi na ulicy, lub, gdy bezdomny wyłudzając od nas pieniądze na wino zaczyna ze swobodą alkoholika opowiadać nam o swojej rodzinie. Częstujemy go papierosem, sami też palimy i udając, że słuchamy jego wynurzeń czekamy aż sobie pójdzie. W takich momentach przepełnia nas obrzydzenie a zarazem uczucie pewnej wyższości, świadomość epizodyczności takiego spotkania, które już niedługo stanie się jedną z naszych barowych opowiastek. Jeśli chodzi o mnie, to niejasno zdawałem sobie sprawę, że leżący na podłodze jest odzwierciedleniem mojej z kolei przyszłości, więc poczuwałem się do pewnego rodzaju perwersyjnego koleżeństwa wobec leżącego głową przy moich nogach faceta, trochę też zazdrościłem mu tej bezpretensjonalności gorszenia innych swoim stanem, na co ja nie miałbym odwagi się poważyć. W pewnym momencie ów człowiek zmienił lekko pozycję leżakowania i przekręcając głowę wtopił twarz w owe malutkie kałuże śliny, które wcześniej wypłynęły z jego ust a ja poczułem, że wszyscy ci ludzie w wagonie, łącznie ze mną, że my wszyscy obojętni wobec tego upadlającego się właśnie człowieka jesteśmy podli.