piątek, 25 grudnia 2009

kukiełka: że nie będzie o krowie.

Kiedy zobaczyłem komentarz jaki Gena umieściła przy moim, krowim cytacie pomyślałem, że warto kontynuować zabawę z tymi mlecznymi kreaturami; niewiele brakowało a już sięgałbym do Portretu artysty Joyc’a – wydawało mi się, że Stefan Dedalus coś o krowach mówił. Później miałem wkleić z fragment Dróg Wolności Sartre’a w monologu Mateusza ze spotkania z Gomezem: Mateusz ma refleksje analogiczne do Gombrowicza, może wyrażone w trochę innym dyskursie, ale…
 Stanęło na pomysłach. Tymczasem mała trawestacja:


À la Rimbaud.

Noszę w sobie sen i nieszczęście. Niechęć do ludzi i braki w talencie są chyba na wierzchu. I chociaż nawet teraz mażę o mieszkaniu na odludziu: po cisowo-trującym lesie przejeżdżałbym konno w towarzystwie wilków, z krukami nad moją głową, to wiem że śnię sny innej osoby. Nie mógłbym tak żyć, z przyzwyczajenia jestem przeciętny a nawet gorzej – kariera bóstwa jest dla mnie nieosiągalna. Podobnie z zawodem szulera, dresiarza, kolędnika, terrorysty, proroka, Kuby Rozpruwacza, malarza, dentysty, wokalisty, żołnierza i tak dalej… Próbowałem niegdyś utrzymać przy życiu pewien twór zielony więc wiem, że ogrodnik także ze mnie żaden. Studiowałem, stąd mam pewność, że nie jestem studentem. Kochałem, także bez wzajemności. I co tu jeszcze do roboty. Mógłbym zaoferować nudę, jeśli byłby na nią popyt. Pamiętam jak ktoś, chyba Belbo z Wahadła Foucaulta, charakteryzuje poszczególne typy psychologiczne: idioty, kretyna, debila i kogoś tam jeszcze. Krótka introspekcja uprawomocnia stwierdzenie o referencji do mojej osoby jednego z powyższych pojęć. Rzecz wydaje się zabawna dopóki nie uczestniczy się w niej.



wtorek, 15 grudnia 2009

Żadnych uniesień.

Jakoś zawsze bardziej niż słowami, myślałem obrazami. Do niedawna wydawało mi się, że to mój atut. Wyobraźnia nie pozwala jednak na sprawne działanie w świecie szczególnie, jeżeli ktoś nie umie rysować. Na przykład w tej chwili, zamiast słów potrzebnych do opisu poniższych zdarzeń po głowie krążą ułamki poezji jakiegoś francuskiego symbolisty. Co prawda nie są one obrazem ale działają na tej samej zasadzie co on, odbijając się jak piłka od ścian czaszki krążą osamotnione po mojej głowie. I właśnie w tym momencie każdego opowiadania następuje wyparowanie inwencji, koniec tekstu… Dziś jednak nie zamierzam się poddawać, mam zamiar gruntownie przemyśleć sprawę w tramwaju, na ulicy, w szkole a później znów w tramwaju, tak abym z tekstem gotowym już w głowie przystąpił wieczorem do zadania.
Nie po raz pierwszy kierując się takim przeświadczeniem, poszedłem na przystanek tramwajowy. Pogoda nie była za specjalna; padało, a zważywszy na porę (delikatnie po siódmej) wolałbym nadal spać na mieszkaniu. Mój współlokator zresztą tak zrobił. Dziś jednak miałem ambicję, to był mój pierwszy dzień na zajęciach. W gruncie rzeczy cała ta impreza mogła skończyć się na nawiedzeniu mieszkania Mateusza, kawie i powrocie do domu. Ciągle jednak miałem wiarę w swoją siłę woli oraz zapał początkującego. Ściślej rzecz ujmując październik trwał już od kilku dni roboczych, jednak kilka dni wcześniej nastąpił szereg nieprzewidzianych okoliczności, o których później.
Z informacji zdobytych na przystanku wiedziałem, że dziesiątka przyjedzie dopiero z osiem minut. Nie lubiąc marnować zbytnio czasu zacząłem skręcać sobie papierosa. Z filtrem w ustach i tytoniem na bibule obserwowałem ludzi. Kręcili się koło mnie w oczekiwaniu na swój tramwaj. Wszyscy jeszcze zaspani działali jakby na autopilocie. Nie było słychać rozmów, każdy z nas zwarł się w sobie, każdy był w owej chwili samotny. Lubiłem ten nastrój, gdy każdy z nas był trędowaty dla innych. Zarówno przystanki jak i tramwaje zawsze przepełniał nastrój religijnego skupienia, tak właściwy miejscom gdzie grupa obcych sobie ludzi przebywa nieruchomo przez dłuższy czas. Z całym zapasem niepisanych praw właściwych dla takich miejsc człowiek może wtopić się w siebie i pozwolić się ponieść niepewności, co do miejsca wysiadki czy nienawistnym wpatrywaniu się w czerwone światła, co gdy spieszymy się gdzieś, ze złośliwą stanowczością, co chwila zatrzymując emke pokazują, że tak naprawdę to one tu rządzą.
Zobaczyłem nadjeżdżającą dziesiątkę, więc urwawszy żarzącą się końcówkę papierosa wyjąłem z kieszeni bilet. Wsiadając zobaczyłem młodego mężczyznę leżącego na podłodze wagonu. Z włosami obciętymi na zapałkę, wytartych dżinsach leżał i grudkami śliny wypływającymi z jego ust wydzielił dla siebie spory kawałek podłogi. Obok leżącego było kilka pustych miejsc jednak czteroosobowa grupka mężczyzn wolała stać zbita w ciasną grupkę na końcu niż usiąść zbliżywszy się do tej, przepełniającej ich niesmakiem osoby.  Z drugiej strony ludzie siedzący przed leżakującym facetem udawali, że go nie widzą. Na następnym przystanku wszyscy oprócz mnie z cisnącej się z tyłu grupki wysiedli. Będąc szczerym, stwierdzę, że nie mogłem sobie pozwolić na taką rozrzutność jak kierowanie się dobrym smakiem i czekanie na kolejną dziesiątkę. Zresztą i tak miałem przyjechać prawie spóźniony. Pozostałem, więc sam na sam z leżącym przede mną człowiekiem, a ponieważ odkąd inni zniesmaczeni pasażerowie wysiadając pozostawili mi pewne pole manewru, starannie omijając leżącego zbliżyłem się do pierwszego wolnego miejsca i, zadowolony z siebie usiadłem. Właśnie to było dziwne: ten rodzaj dobrego humoru czy dziecięcej fascynacji, z jaką sadowiłem się na pustym siedzisku. Przypominało to uczucie, z jakim patrzymy na bijących się ze sobą ludzi na ulicy, lub, gdy bezdomny wyłudzając od nas pieniądze na wino zaczyna ze swobodą alkoholika opowiadać nam o swojej rodzinie. Częstujemy go papierosem, sami też palimy i udając, że słuchamy jego wynurzeń czekamy aż sobie pójdzie. W takich momentach przepełnia nas obrzydzenie a zarazem uczucie pewnej wyższości, świadomość epizodyczności takiego spotkania, które już niedługo stanie się jedną z naszych barowych opowiastek. Jeśli chodzi o mnie, to niejasno zdawałem sobie sprawę, że leżący na podłodze jest odzwierciedleniem mojej z kolei przyszłości, więc poczuwałem się do pewnego rodzaju perwersyjnego koleżeństwa wobec leżącego głową przy moich nogach faceta, trochę też zazdrościłem mu tej bezpretensjonalności gorszenia innych swoim stanem, na co ja nie miałbym odwagi się poważyć. W pewnym momencie ów człowiek zmienił lekko pozycję leżakowania i przekręcając głowę wtopił twarz w owe malutkie kałuże śliny, które wcześniej wypłynęły z jego ust a ja poczułem, że wszyscy ci ludzie w wagonie, łącznie ze mną, że my wszyscy obojętni wobec tego upadlającego się właśnie człowieka jesteśmy podli. 

środa, 14 października 2009

Pan Borges; zawsze miałem ochotę wkleić cytat o krowie...

Niestety nie będzie to krowa scholastyków ani niejakiego Berkeleya, ani krowa jako taka; przedstawiam konkretne indywidułum z trzeciego świata pana Popera, krowa konkretna i metafizyczna:

"Na szczycie wzgórza zwykle stoi krowa z miną głupkowatego kaznodziei. Stoi sobie spokojnie i żuje. Żuchwy są w ciągłym ruchu. (...) Krowa sapie przy tym i po krowiemu wzdycha, odnosi się wrażenie, że jej westchnienie odnosi się do tych, którzy biegną tam w dole, że żali się na swój los."

Podróże Beniamina III, M.M. Sforim, [w:] Literatura na świecie, nr 12 (161), s. 48.

wtorek, 13 października 2009

Pan Borges; kolekcjoner cytatów, Pan Belbo i niejaki kukiełka.

W życiu każdego niewydarzonego grafomana następuje taka chwila, w której alkohol przejmuje władzę nad czynami; dany osobnik zostawia za drzwiami poczucie dobrego smaku i kierując się irracjonalnie nieodpartą ambicją udowodnienia sobie kilku rzeczy popełnia różne teksty, publikuje je, a później ma kaca. Jeszcze gorszy efekt dają złe teksty poprzedzone dobrym cytatem; dzisiejszy dualizm staje się juto nieznośną dychotomią, której kontrast udowadnia marnemu nitotekściarzowi wielkie blee dnia jutrzejszego…

no to cytat:

"...tam na nadbrzeżu, gdzie za plecami miałem góry, niczym trzymane w dłoni grudki karbidu,  które zaraz wysypię do lampy, a lampa zapłonie; możliwa, tak, poezja wydawała mi się w tamtej chwili możliwa, jak przygoda w stylu Marca Polo, za mną nie było niczego poza karbidowym masywem, już nie miałem gdzie się cofnąć, została mi przygoda, moja nitopoezja..."

Otto Tolnai, Nitopoezja, nitoryba, nitowyspa, Literatura na świecie, nr 5-6/2009, s. 99.

no to nitopezja:


Marsz nocą letnią

trzy stadia marszu
wyróżniłem tego lata
tym pierwszym był mój
marsz uliczny, domowy
z domu w dom nocą
drugi marsz także
namacalny ogień lampy
iskrząc się ćmami
w górę i w dół
inwentycznie oscylował
marszem śmiałych samobójców
trzeci marsz kędy rów
przebiegał kot (martwy już)
tylko w jedną stronę

I tak mi się oba marsze
spodobały swym dysonansem

przystanąłem i na podobieństwo
trwałego postoju kota
zatrzymałem się w czasie
urzeczony iskrami inwentycznej
lampy zapaliłem peta

Ścierwo i płomień lampy
Chciałem zachować dla
peta dymem schować
zapaliłem zapałkę
i miałem już przypalać
i lampa zgasła

poniedziałek, 12 października 2009

Opowiadanie; część pierwsza.

Żaden pomysł

I nagle znalazłem się w piekle. Właściwie to nic nadzwyczajnego, nie było to piekło przez duże „P”, takie, o jakim onego czasu ksiądz rozpowiadał nam na katechezie. Nie zaznałem tu ognia, rożna ani gorącego oleju i właściwie czułem się trochę zawiedziony. Nie tyle byłem przygotowany na to wszystko, raczej się z informacjami od księdza Zygmunta nie liczyłem – jednakże jakieś przypiekanie wydawało mi się uzasadnione. W końcu miejsce dla morderców, niewiernych, heretyków, samobójców i wszelkiego rodzaju grzeszników musiało przepełniać grozą nowo przybyłych. Z takim przeświadczeniem zstąpiłem do tego podziemnego świata gdzie zaraz na wejściu… kazano mi stanąć w kolejce.
Było piekielnie nudno: pani przede mną – także samobójstwo, pan za mną – też ateista. Dalej widać było łańcuch wiernych niepoprawnych wyznań; ludzi, którzy ( o ile się na początku wywiedziałem) żadnego nadzwyczaj złego czynu nie popełnili poza, być może (he he) wyznaniem. Wszyscyśmy byli strasznie spłoszeni. Oczywiście, jeśli nie liczyć pani Magdy – emerytki, która z energią, jaką nie dane było jej zaznać przez ostatnie trzydzieści lat życia, domagała się, ze względu na wiek, pierwszeństwa w kolejce.

- Wystarczająco się naczekałam za życia. Stwierdziła i zaczęła przepychać się do przodu.
- Pani Szanowna za życia też była taka niecierpliwa? Zapytał Pan Jurek siedzący obok wolnomyśliciel.
- Wy młodzi sobie za długo nie poczekaliście za życia, to teraz już możecie. No i poszła.

 Chwilę później, która równie dobrze mogła trwać rok, panią Magdę – emerytkę, na jej miejsce siedzące, odprowadziło dwóch, jakkolwiek znudzonych, jednakże niezwykle wiarygodnie wyglądających panów.

- Powiedzieli mi, że nie ja pierwsza chciałam…, minęłam tylko kilkaset osób i stanęli przede mną…; powiedzieli, że to przez takich jak ja, muszą robić za wolontariuszy… Narzekała zdruzgotana pani Magda – emerytka.


(ciąg dalszy nastąpi... chyba)

nullum crimen sine lege

Mimo wszystko czuję się jak zbrodniarz prowadząc ten niegodny blog. Ciągłe zaniedbania i ogólne niechciejstwo narzucają mu częstotliwość nowych postów nie częstszą niż raz na kwartał. Koniec końców należałoby tłumaczyć się ignorancją także w tych dziedzinach, które obejmują blogowanie. Z drugiej strony popęd do publikowania własnych myśli każe mi, na przekór ostrzeżeniom Jocoba Belbo, odgrywać ciągle rolę niechlujnego demiurga. 

Obiecuję, niedługo przyjdzie czas na zamieszczenie tu pierwszego opowiadania. Wtedy Pan Belbo wkroczy do akcji.



poniedziałek, 15 czerwca 2009

Joyce na początek

"Where the Baddelaries partisans are still out to mathmaster Malachus Micgranes and the Verdons catapelting the camibalistics out of the Whoyteboyce of Hoodie Head."

Szczerze pisząc, nie mam pojęcia co to znaczy. Fragment jest z Finnegas Wake i mogę mieć  jedynie niewyraźne intuicje co do wyrażeń:  "Baddelaries", "Malachus" czy "camibalistics". Szczególnie camibalistics wywołuje szereg dziwacznych skojarzeń (kanibale kabaliści) z całą pewnością błędnych. Ciekawe jakie są możliwe interpretacje...

W każdym razie powyższy fragment wydawał mi się dobry na początek.