Rzeczy które dziś zrobiłem były w miarę podobne do tych, które zrobiłem wczoraj, przedwczoraj i jeszcze wcześniej. Moje zajęcia z ostatnich siedmiu dni mogłyby być wykonane w kilka godzin. Co do marnowania czasu, świadomy więc jestem z faktu swojej bezczynności. Co więcej, mam wrażenie, że reszta tego miesiąca będzie przebiegać w podobny sposób. Każde zajęcie jest zbyt czasochłonne więc je przerywam aby przejść do rozmyślań o drugim. W chwilach większego namysłu dopada mnie nuda. Tyle o czasie.
Przestrzeń jawi mi się jako rzecz nieprzystająca - jest tak niewielka z jednej strony, że miejsca w niej jest dla mnie stanowczo za mało, moja obecność wydaje się być przytłaczająca dla innych osób, z drugiej strony jest ona zbyt duża jak dla mnie, wszędzie jest za daleko. Rzecz ujmując w skrócie, jest to przestrzeń wiejska.
Ta dojmująca aporetyczność zarówno czasu jak i przestrzeni, będąca zarówno klatką dla wszelakich działań jak i wyzwoleniem od nich, staje się powoli moją drugą naturą. Nie wiem czym taka wakacyjna aberracja różni się od zaniechania jakie kierowało mną dotychczas.
Pisząc to, odsłuchuję niczym radiową audycję film Bernarda Queysanne o tytule Człowiek który śpi. Co chwila spoglądam na obraz, zaraz przechodzę do edytora tekstów, to znów klikam na interfejs Gom`a wyświetlający film. Otępienie które teraz odczuwam jest jakieś inne od tego sprzed kilkunastu minut, kiedy jeszcze nie rozpakowałem ściągniętego z sieci piliku z filmem, nie zapisałem tych kilku słów. To otępienie jest inne, przecież rodzi jakieś działanie więc nie jest bezczynnością a raczej bezwolnym transem wywołanym tak szczególną symetrią między życiem jakie prowadziłem do tej pory a tym z fikcyjnym, o którym właśnie słyszę. Takie wakacje…