Pamiętam jak na jednym z barowych spotkań stałem się obiektem żartów jednej, skądinąd wcale nie złośliwej znajomej, a komiczność mojej osoby miała polegać na absurdalnym doborze tematu pracy zaliczeniowej na kurs Współczesne problemy etyczności. Otóż, gdy inni omawiali zawiłości związane z zagadnieniami aborcji czy eutanazji, mnie oba te problemy nie dotyczyły (wiek i status singla) a rozważanie ich depresyjnego charakteru miałem z szczególną formę filozoficznego masochizmu, więc zdecydowałem poświęcić zagadnieniu tkwiącemu na granicy filozofii i religioznawstwa tekst zatytułowany Dylemat etyczny: dobrze czy źle jest być wilkołakiem? Rzecz ta miała traktować o podłożach takiej a nie innej waloryzacji istot zajmujących potężną dziedzinę w naszej kulturze masowej, więc nie była do końca taką wyciągniętą z kosmosu absurdalnością. Wydaję mi się, że problem leżał tu raczej nie po mojej stronie, co wynikał raczej z prowincjonalnej postaci naszego poglądu na dziedzinę dociekań akademickich a już w szczególności filozoficznych. Ciekawe ile jeszcze lat musi upłynąć zanim szacowne gremia uświadomią sobie, że kultura masowa to nie kałuża, którą można zignorować no, ostatecznie z niewielkim trudem ominąć, ale ocean, w którym umiejętność pływania jest niezbędna do jego całościowego oglądu. I co jest najzabawniejsze, to właściwie można powiedzieć, że wszyscy w nim pływamy, co poniektórzy jednak robią to ukradkiem...
Tak jak poniżej:
Eco U., Apokaliptycy i Dostosowani, W-wa, 2010, ss. 15-16.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz