piątek, 23 kwietnia 2010

O tym co ukryte.


Pamiętam jak na jednym z barowych spotkań stałem się obiektem żartów jednej, skądinąd wcale nie złośliwej znajomej, a komiczność mojej osoby miała polegać na absurdalnym doborze tematu pracy zaliczeniowej na kurs Współczesne problemy etyczności. Otóż, gdy inni omawiali zawiłości związane z zagadnieniami aborcji czy eutanazji, mnie oba te problemy nie dotyczyły (wiek i status singla) a rozważanie ich depresyjnego charakteru miałem z szczególną formę filozoficznego masochizmu, więc zdecydowałem poświęcić zagadnieniu tkwiącemu na granicy filozofii i religioznawstwa tekst zatytułowany Dylemat etyczny: dobrze czy źle jest być wilkołakiem?  Rzecz ta miała traktować o podłożach takiej a nie innej waloryzacji istot zajmujących potężną dziedzinę w naszej kulturze masowej, więc nie była do końca taką wyciągniętą z kosmosu absurdalnością. Wydaję mi się, że problem leżał tu raczej nie po mojej stronie, co wynikał raczej z prowincjonalnej postaci naszego poglądu na dziedzinę dociekań akademickich a już w szczególności filozoficznych. Ciekawe ile jeszcze lat musi upłynąć zanim szacowne gremia uświadomią sobie, że kultura masowa to nie kałuża, którą można zignorować no, ostatecznie z niewielkim trudem ominąć, ale ocean, w którym umiejętność pływania jest niezbędna do jego całościowego oglądu. I co jest najzabawniejsze, to właściwie można powiedzieć, że wszyscy w nim pływamy, co poniektórzy jednak robią to ukradkiem...
Tak jak poniżej:

Sądzę, jednak, że objawienia doznałem między końcem roku 1961 a początkiem 1962. Zostałem wówczas zaproszony na konferencję poświęconą zagadnieniu "demitologizacja a obraz", zorganizowaną przez Enrica Castellego z Instituto di Studi Filosofici w Rzymie, i niepokoiłem się, ponieważ mieli w niej wziąć udział słynni znawcy problematyki mitu, tacy jak Kerényi, znawcy hermeneutyki filozoficznej, tacy jak Ricoeur, teologowie protestanccy, religioznawcy, jezuici i dominikanie, filozofowie wszelkiej maści. Co miałem powiedzieć? Byłem przekonany, że problem mitu i obrazu jest czymś, co charakteryzuje nie tylko epoki prymitywne i klasyczne. Mam w szafie dwieście lub trzysta egzemplarzy oryginalnych tomów z komiksami, zawierających kolorowe historyjki o Supermenie, i uważam, że w gruncie rzeczy jest to mit naszych czasów, który nie wyraża religii, lecz ideologię... No więc przyjeżdżam do Rzymu i zaczynam swoje wystąpienie od położenia na stole komiksów z Supermenem. I co się dzieje, wyrzucają mnie? Nie, proszę państwa: ginie mi połowa komiksów – czy to miałoby znaczyć, że ci mnisi w habitach z szerokimi rękawami udawali, że je przeglądają, a jednocześnie podkradali je sobie, jak gdyby nigdy nic?

Eco U., Apokaliptycy i Dostosowani, W-wa, 2010, ss. 15-16.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz