Oglądałem właśnie film zawierający scenę palenia papierosa i pisania pewnego tekstu. Sam właśnie paliłem nadpalonego już skręta i popijając go zimną kawą zacząłem zastanawiać się nad grafomanią. Były to dociekania w zasadzie autorefleksyjne.
Ciekawe, co różni artystę od literata a tego od grafomana. Wiem, że ma to coś wspólnego z przesadną górnolotnością słów, lub w nowomową, której nie przystawanie jest zbyt widoczne w danym kontekście. Możliwe, że artystę od literata dzieli zaangażowanie w swoją literaturę a od grafomana większa wprawa w doborze środków stylistycznych. Pomyślałem jednak o czymś więcej, otóż różnica pomiędzy grafomanią a nawet niezdarnym artyzmem przekazu wydaje się zasadzać na czymś innym, na pewnego rodzaju prawdzie przekazu... Medium zastosowane do nadania jakiejś wizji kształtu oraz wizja, która kreowana jest przed lub wraz z rozpinaniem się nad nią medium przeciwstawione zostaje czemuś trzeciemu, światu wartości lub sądów, który nadal mi ucieka uniemożliwiając tym samym jasne przedstawienie sprawy. Możliwe, że owa prawda, jaka odróżnia tekst artysty od tekstu grafomana zasadza się właśnie na relacjach pomiędzy wizją piszącego a tym trzecim elementem, który nam, przy odbiorze, pozwala współ-odczuwać dany tekst lub odnieść się do niego tak, jakby relacja współ-odczuwania była zasadną. Coś jest takiego, na przykład w tekstach Bukowskiego, co nie pozwala nam uznać je za szmirę, podobnie z Eco (Wahadło Foucaulta, o innych powieściach czy felietonach nie piszę, ponieważ tylko ten tekst jest dla mnie nadal żywy), albo Hrabalem (Zbyt głośna samotność także najżywiej na mnie oddziałuje). W przypadku Borgesa za artystyczne mogą uchodzić, oprócz opowiadań także eseje (Nowa refutacja czasu), a jednak przeczuwa się, że jego wiersze są bardziej grafomańskie niż artystyczne. Joyce nadał tej relacji wyraz skrajnie epifaniczny, co byłoby w innym przypadku grubiaństwem, jednak jemu uchodzi to na sucho. Może chodzi o odwagę takiego a nie innego doboru środka ekspresji, aby przedstawiona nam rekonfiguracja rzeczywistości nie była czyś pustym, odwołującym się tylko do siebie, ale szła dalej.
Dziwne i nietypowe jest pisanie o takich sprawach – tu nie tylko rozwiązanie ucieka, ale i problem coraz bardziej się zaciera. A wydawało mi się, że wystarczy tylko jedno zdanie dla skonkretyzowania tej myśli.
Dość niedawno usłyszałam, że prawdziwe dzieło polega na tym, żeby pozostawić w nakreślonym obrazie/wizji dokładnie tyle niedopowiedzeń i nieostrych pól do reinterpretacji ile trzeba...nie wiem, co to jest to "trzeba", niemniej jednak myślę, że jest to sedno sprawy. Jeżeli wg pewnych teoryj antropicznych we wszechświecie zaistnieć miał dokładnie taki jak trzeba stosunek wartości dla powstania życia, to analogia ta wydaje mi się całkiem do rzeczy.
OdpowiedzUsuńŻe dzieło od nędznej próby ekspresji dzieli umiejętność lawirowania między zarezerwowaniem miejsca na wykładnię swojej wizji a zostawieniem pola dla domysłu.
To chyba było coś z Ingardena, ale nie jestem Panem od Filozofii.
Każdy opis rzeczywistości czy interpretacja, wydają mi się cenne wobec nieuchronności upływu czasu i niemożności zrozumienia naporu zdarzeń.
Pozdrawiam,
Lena