sobota, 4 grudnia 2010

Ze wszystkimi błędami...

...dodaję do waszej dyspozycji tę historyjkę i, ufając, że więcej sprężyn nie wyskoczy z mojego łóżka, idę na papierosa. Nie można przecież całego dnia siedzieć przed komputerem.

    Prawdziwie można było o nim powiedzieć że umarł. Co prawda chodził jeszcze po tym świecie. Nie odczuwając jednak przyjemności ani bólu, nie mógł sobie także pozwolić na ich pochodne takie jak litość strach i nadzieja. Posiadał tylko mgliste wspomnienie owych uczuć, a jego egzystencja, lub jej brak, opierała się w zasadzie na czystej grze intelektu. Wedle niektórych definicji wolności można było uznać go za prawdziwie wolnego, inne nadawały określały jego zniewolenie jako nieskończone.
   Brak pragnień sprawił, że stał się kimś dla kogo określenie „podmiot działający” odnosi się w najmniejszym stopniu. Jedyną jego cechą nadającą mu pozór człowieka była skłonność do śmiechu. Śmiał się częściej niż inni co wynikało z nadmiernie rozwiniętego wyczucia komiczności. Zabawnym wydawało mu się właściwie wszystko, każdy wytwór rąk ludzkich i każdy aspekt życia. Od prostej łopaty do kosmicznego promu, od narodzin do śmierci wszystko obserwował ledwo co wstrzymując się od parskania w bardziej drażliwych sytuacjach.
    Za najzabawniejsze uznał dzieła filozofów . Zawsze miał na twarzy uśmiech gdy czytał opasłe tomy konstruujące coraz to inne wizje świata, nawiązujące do siebie i wykluczające się zarazem. Oczyma wyobraźni widział jak ci ponurzy skrybowie, pełni żarliwej pewności swoich przekonań, od ponad dwóch i pół tysięcy lat bezskutecznie próbują odpowiedzieć na kilka prostych pytań.
    Uznał, że pociesznym byłoby gdyby sam zabrał się za takie rozważania. Pogrążył się więc w dociekaniach nad naturą wszystkiego; telosem, arche, energią. Jego dywagacje były jednak niepełne. Pozbawiony irracjonalnego czynnika, nie potrafił wybrać tych czy innych aksjomatów dla opisania rzeczywistości. Wolny zaś od jakichkolwiek nadziei czy od lęku przed porażką uznał, że jego traktat winien nosić ślady tych cech, których on sam nie posiada. Nazwał swoje dzieło słowem należącym do z dawna już wymarłego języka oraz umieścił odwołania do swojego traktatu w co bardziej popularnych summach i organonach. Same odwołania odnosiły się do jego traktatu raz przecząc jego istnieniu, innym razem stwierdzając że mógł on niegdyś istnieć lecz zapewne został już zniszczony, gdzie indziej znowuż zastrzegając się o jego istnieniu a nawet lekturze. Większość postrzegała owo dzieło jako odkrywające wszystko co zakryte, nie poprzez spekulacje lecz w bezpośredniości determinujące swoje poznanie. Był to więc z traktat idealny.
     Jego twórczy dorobek obejmował także komedię, doskonałą z jego punktu widzenia. Wśród jej licznych zalet najwyżej cenił sobie tę, że osiągając graniczny punkt lakoniczności składała się z zaledwie pojedynczego słowa do dziś w gruncie rzeczy nierozszyfrowanego. Komedia ta, chociaż tak skąpa w formę i jednocześnie tak w niej uwikłana, oferowała mimo swojej nieokreśloności wszystko to, co najlepsze komedie mają do zaoferowania. Był w niej szczęśliwy koniec, karykaturalnie przedstawione postacie ludzkie, wartka akcja itd. Owa sztuka odniosła tak olbrzymi sukces, że współczesne hermeneutyki odrzuciły rozumienie jej jako dzieła wynikłego z działania, lecz raczej za samą zasadę twórczą.
    Wydawałoby się że jego zapał twórczy oraz długie życie jakim został pobłogosławiony pozwoliły mu na wydanie na świat więcej owoców geniuszu. Niestety nie stworzył niczego więcej. Na jego obronę warto zauważyć, że nie ujmował on czasu w taki sam sposób jak czynimy to my: wypominając wczoraj, tracąc dzisiaj oraz ciągle planując jutrzejszy dzień ze strachem i nadzieją. Brak nadziei, trwogi czy też żalu uczynił go odpornym na przeszłość i przyszłość. On sam zdawał sobie sprawę z następstw kolejnych jednostek czasu, lecz świadomość ta miała się nijak do jego trwania. Był to po prostu kolejny fakt o którym nawet nie starał się pamiętać ponieważ w gruncie rzeczy mało go on obchodził.
    Czasami dawał się porwać ludzkiemu stylowi życia. Średnio raz na dziesięć, dwadzieścia lat, kiedy spotykał, wedle jego rozumienia naprawdę zabawną osobę, wychodził zza zakurzonych półek swojej biblioteki ku światu spraw powszechnych. Wówczas, mimo braku łaknienia jadł, nie pragnąc zaś pił, spał wcześniej zaprojektowawszy sobie sny i kochał wedle definicji miłości którą uprzednio konstruował na podstawie obserwacji panujących w danej epoce obyczajów. Nigdy jednak nie trwało to zbyt długo, z natury będąc istotą aspołeczną , zazwyczaj zrażał do siebie otaczających go ludzi. Opuszczony wracał do swojej samotni aby poświęcić się rozważaniom nad kondycją ówczesnych społeczeństw.
    Jego rozważania zawsze były wtórne i odtwórcze. Wynikało to przede wszystkim z faktu, iż mimo biegłości w manipulowaniu ideami nie potrafił zrozumieć sposobu działania tej nieuchwytnej struktury popędów jaka kieruje działaniami społeczeństw. Sam tę niemożność uznawał za paradoks. Polityka i socjologia były dla niego dziedzinami dla których nie potrafił znaleźć odpowiednich hermeneutyk. Religia, mimo że poznał tak wiele systemów wierzeń, ciągle pozostawała dla niego wielką niewiadomą. Mógł co prawda przedstawić wiele argumentów za i przeciw istnieniu boga, tego Boga lub innych bogów; za i przeciw istnieniu zła, każdego zła. Każdy z tych argumentów przedstawiał klarownie, ze zniewalającą erudycją. Każdy z nich potrafił w podobny sposób obalić.
    Wielkie okno w jego gabinecie skłaniało go do spoglądania czasem na rozpościerający się za nim, wiecznie jesienny, zimowy, letni i wiosenny krajobraz. Obserwując grę wszech przenikających sił zdumiewał się symetrią jaka zachodziła pomiędzy tą grą za oknem i grą w środku - jego zasadą istnienia. Odkładał wtedy książkę i przez długi czas wpatrywał się w poruszane wiatrem drzewa. Wypełniało go wówczas uczucie nie tyle estetycznego zachwytu czy wyciszającej kontemplacji lecz upajającego zadowolenia. Kiedy nie patrzył wydawał się skromniejszy.


3 komentarze:

  1. Jeden, zapewne dobrze znany Ci Pan, mówił dawno, dawno temu, że wiedza bez radości jest nic nie warta, tak jak radość bez wiedzy.


    Lena

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę to przeczytałaś? Toż to o jedną osobę więcej niż się spodziewałem i to wcale nie jest sarkazm.
    Punkt dla ciebie za poruszenie relacji radość-wiedza. Wydaje się, że powyższy tekst może być odczytany także jako poszerzenie tej tezy: bez radości, smutku, nadziei i strachu wszelka wiedza nie może być doskonała. Co dalej z tym zrobić? Czy w związku z tym można stwierdzić, że powyżej mamy do czynienia z niedoskonałym bóstwem, bo to przecież nie jest mój autoportret. Tak stary, mądry i pokręcony przecież nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie do końca to miałam na myśli. Wiedza niezależna od emocji jest wiedzą wyjętą z kontekstu, a więc bezwartościową. Zbytnio mi to jednak przypomina teorię o wszędobylskim i rozbestwionym czynniku humanistycznym, wymyślonym przez innego Pana nie tak znów dawno temu.
    Myślałam natomiast o czystej radości,witalistycznej. Nie o zadowoleniu, nie o satysfakcji, nie o poczuciu dokonania transgresji przez zrozumienie i interpretację. Myślałam o radości bez złożonych przyczyn, impulsywnej, bezmyślnym a przez to wolnym samozadowoleniu. W tym cały smutny paradoks. Bo może i prawda o tej radości i wiedzy, ale to już nigdy nie będzie "ta" radość - bezrozumna. To czyni życie samo w sobie mniej godnym uwagi i wyklucza z pełnej partycypacji - wybujała świadomość, miarkująca zaangażowanie i energię.

    L.

    OdpowiedzUsuń